
Matematyka nigdy nie objawia w tym stopniu człowieka, nie wyraża go tak, jak dowolna inna praca ludzka: stopień unicestwienia własnej cielesności, jaki w niej się zdobywa, nieporównywalny jest z niczym. Zainteresowanych tymi słowami odsyłam do moich prac. Tu mogę powiedzieć tylko, że świat porządki swoje wstrzyknął w język ludzki, ledwie ów język zaczął powstawać; matematyka śpi w każdej mowie i jest do odnalezienia tylko, lecz nie do wymyślenia.
To, co w niej jest koroną, nie daje się odciąć od tego, co jest korzeniem; powstaje ona bowiem nie w ciągu trzystu czy ośmiuset lat cywilizacyjnej historii, lecz w tysiącleciach językowej ewolucji: na polu starć człowieka ze środowiskiem, z międzyludzia i z międzyrzecza. Język tak samo jest mądrzejszy od umysłu każdego z nas, jak mądrzejsze jest od rozeznania każdej jednostki jej ciało, samowiednie wszechstronne w nurcie życiowego procesu. Schedy obu ewolucji, żywej materii i materii informacyjnej mowy, jeszcześmy nie wyczerpali, a już roimy sny o przekroczeniu granic obojga. Słowa te mogą być lichym filozofowaniem, lecz już nim nie są moje dowody na językową genezę matematycznych pojęć, czyli na to, że ani z przeliczalności rzeczy, ani z bystrości rozumu te pojęcia nie powstały.
Powody, dla których zostałem matematykiem, na pewno są złożone, a jednym z głównych jest umiejętność, bez której tyleż bym zdziałał w moim fachu, ile w lekkoatletyce garbus, kandydat na rekordzistę.
