
Trudno mi nie myśleć o tym eksperymencie, gdy to piszę, bo czy nie mogło być tak, że rozwój socjalny wyniósł nas ze zwierzęcego królestwa krzywą wykładniczą – zasadniczo do tego wzlotu nie przygotowanych? Reakcja socjalizacji rozpoczęła się, zaledwie ludzkie atomy wykazały pierwszą szczepliwość. Atomy te były materiałem prefabrykowanym tylko biologicznie, gotowym do spełnienia typowo biologicznych kryteriów, a ów ruch, owo pchnięcie w górę wyrwało nas i uniosło w przestrzeń cywilizacyjną. Czy taki start mógł nie zadzierzgnąć na biologicznym materiale – przypadkowych zbieżności, niczym sonda, która, wycelowana w morskie dno, podejmuje z niego uchwytem oprócz tego, na co była skierowana, akcydentalne szczątki i rupiecie? Przypominam wilgotniejący przekaźnik niezawodnej maszyny cyfrowej. Dlaczego właściwie ów proces, który nas spowodował, miał być pod jakimkolwiek względem – doskonały? A jednak nie ważymy się ani my, ani nasi filozofowie, na myśl, że ostateczność i jedyność bytowania gatunku wcale nie implikuje perfekcji, co miałaby patronować jego powstaniu – tak samo, jak nieobecna jest taka perfekcja u kolebki każdego osobnika.
Jest rzeczą wielce ciekawą, że znamiona naszej niedoskonałości, jako przedstawicieli gatunku, nie zostały nigdy, przez żadną wiarę, uznane za to, czym po prostu są, a więc za rezultaty działań zawodnych, ale na odwrót, praktycznie wszystkie religie schodzą się w przeświadczeniu, iż niedoskonałość człowieka jest rezultatem starcia demiurgicznego dwu perfekcji antagonistycznych, które nawzajem sobie szkodziły. Doskonałość jasna zderzyła się z ciemną i powstał człowiek: tak głosi ich formuła.
