
Miałem jednak mówić o sobie, a nie o gatunku. Nie wiem, skąd wzięła się we mnie i co ją sprawiło, ale, jeszcze teraz, po tylu latach, mogę odnaleźć w sobie złość niepostarzałą, bo energie najprymitywniejszej odruchowości nigdy się nie starzeją. Czyżbym skandalizował? Przez kilkadziesiąt lat działałem jako kolumna rektyfikacyjna, wytwarzając destylat, na który złożył się stos moich prac oraz spowodowanych tymi pracami – hagiografii. Jeśli powiadacie, że nic was nie obchodzą wnętrzności aparatury, które niepotrzebnie wywlekam na światło, zważcie, że ja, w czystości pokarmu, jakim was raczyłem, widzę trwałe znaki wszystkich moich sekretów.
Matematyka nie była moją Arkadią, raczej brzytwą tonącego, kościołem, w który wszedłem, niewierzący, bo panowała w nim treuga Dei. Główną moją pracę matematyczną nazwano destrukcyjną – nieprzypadkowo. Nie przez przypadek zakwestionowałem nieodwracalnie podstawy dedukcji matematycznej i pojęcia analityczności w logice. Obróciłem narzędzia statystyki przeciw ich podstawom – aż je rozsadziły. Nie mogłem być diabłem w podziemiu i aniołem w świetle słonecznym. Tworzyłem, ale na zgliszczach, i ma słuszność Yowitt: więcej odebrałem prawd, aniżeli dałem nowych.
Za ów bilans ujemny obciążono epokę, nie mnie, ponieważ przyszedłem po Russellu i Goedlu, po tym, jak pierwszy wykrył rysy w fundamentach kryształowego pałacu, a drugi wstrząsnął nimi. Powiedziano więc, że działałem zgodnie z duchem czasu. Ależ tak. Lecz trójkątny szmaragd nie przestaje być trójkątnym szmaragdem, kiedy się staje okiem ludzkim – w ułożonej mozaice.
