
Nieraz zastanawiałem się nad tym, co byłoby ze mną, gdybym się był urodził we wnętrzu jednej z czterech tysięcy kultur, zwanych prymitywnymi, co poprzedziły naszą, w owej otchłani osiemdziesięciu tysięcy lat, którą nasz brak wyobraźni kurczy do przedpola, poczekalni dziejów właściwych. W jednych zmarniałbym zapewne, lecz w innych zrealizowałbym się, kto wie, o ile pełniej, jako nawiedzony stwarzający nowe obrzędy i magie dzięki tej umiejętności kombinowania elementów, którą przyniosłem na świat. Może pod nieobecność hamulca, którym w naszej kulturze jest relatywizacja wszelkiego bytu pojęciowego, mógłbym bezopornie sakralizować orgie zniszczenia i rozpasania, ponieważ w owych prastarych kręgach praktykowano obyczaj okresowego, powtarzalnego zawieszania codziennych praw, czyli rozrywania kultury (była ona dnem, opoką, absolutem, a jednak w zadziwiający sposób zdołano dojść tego, że nawet absolut powinien być dziurawy!) – aby dać upust zapiekłej masie nadmiarów, które w żadnym systemie skodyfikowanym pomieścić się nie mogą, których cząstka tylko wyżywa się w maskach wojowniczych i rodzinnych, w uprzęży i wędzidle obyczaju.
Rozumne były, racjonalne owe rozcięcia więzów i reguł społecznych; opętanie grupowe, pandemonium wyzwolone i biczowane narkozą rytmów i trucizn – było otwarciem klap bezpieczeństwa, przez które wywalał się czynnik zniszczenia, dostosowane było do człowieka owo barbarzyństwo tym wynalazkiem szczególnym. Zasada zbrodni, z której można się wycofać, obłędu odwracalnego, wyrwy, rytmicznie pulsującej w społecznym porządku, została zniweczona, i teraz wszystkie owe siły muszą chodzić w zaprzęgu, obracać kieraty, odgrywać role, do których przystają ciasno i zawsze źle, więc korodują wszelką codzienność, chyłkiem są wszędzie, ponieważ nigdzie nie wolno im powstać bezanonimowo. Każdy z nas uczepiony jest od dziecka jakiegoś, publicznie dozwolonego, własnego kawałka, tego, co został wybrany, wyszkolony, zdobył consensus omnium, każdy wycinek ów hoduje, wygładza, doskonali, weń tylko dmucha, aby najsprawniej się rozwinął, i każdy udaje, będąc cząsteczką, pełnię – kikut z pretensjami do całości.
