Moje „principium humanitatis” jest osobliwe tym, że gdyby je chciał stosować do siebie ktoś z gruntu dobry, musiałby – zgodnie z dyrektywą „przezwyciężenia własnej natury” – zadawać zło dla utwierdzenia się w swojej wolności ludzkiej. Nie nadaje się więc moja zasada do zastosowania powszechnego, ale też nie widzę żadnego powodu, dla jakiego miałbym zdobyć panaceum etyczne ludzkości. Niejednorodność, niejednakowość ludzi jest im dana, toteż postanowienie Kanta, aby zasada jednostkowych postępków mogła być prawem powszechnym, oznacza niejednakowy gwałt zadawany ludziom, i poświęcając osobnicze wartości dla nadrzędnej – kultury – wymierza niesprawiedliwość. Nie powiadam też wcale, jakoby każdy w takim tylko stopniu był człowiekiem, w jakim jest własnowolnie spętanym potworem. Przedstawiłem rację czysto prywatną, moją własną strategię, która zresztą nie odmieniła we mnie niczego. Nadal pierwszą moją reakcją na wieść o czyimś nieszczęściu bywa iskra uciechy i drgnień takich nawet nie próbują już tłumić, bo wiem, że nie dosięgnę miejsca, w którym żyje ten bezmyślny chichot. Lecz, odpowiadam oporem i działam wbrew sobie dlatego, że mogę to czynić.

Gdybym naprawdę zamierzał spisać własną biografię, która okazałaby się wobec tomów na półce antybiografią, nie musiałbym usprawiedliwiać tych wyznań. Ale cel mój jest inny. Przygoda, którą opisuję, sprowadza się do tego, że ludzkość spotkała się z czymś, co istoty nie należące do jej rodzaju wysłały w ciemność gwiazd. Sytuacja, jako historycznie pierwsza, dość chyba poważna, aby uznało się potrzebą dokładniejszego, niż zezwala na nie konwenans, wyjawienia – kto właściwie reprezentował w owym spotkaniu naszą stronę. Tym bardziej że ani mojej genialności, ani matematyki nie starczyło, aby dało ono niezatrute owoce.



19 из 208