— To ty jesteś dziecko — rzuciła znienacka Alice. — Tak, tak. Jesteś taka… Sama nie wiem, jaka. Po prostu jak dziecko.

Leisha nie odpowiedziała. W objęciach Alice znalazła ciepło, czuła, jak dopełniają się wzajemnie, tak jak wtedy, kiedy jako małe dziewczynki wbiegały i wybiegały ze smugi światła.

— Pomogę ci, Alice. Jeśli tatuś nie zechce, ja ci pomogę.

Alice odepchnęła ją gwałtownie.

— Nie potrzebuję twojej pomocy.

Alice wstała. Leisha opuszkami palców przeciągnęła po łokciach. Alice kopnęła pusty kufer, w który miała spakować rzeczy na wyjazd do Northwestern. Potem uśmiechnęła się niespodziewanie uśmiechem, który kazał Leishy odwrócić wzrok. W duchu przygotowywała się na kolejną porcję obelg. Alice jednak powiedziała miękko:

— Baw się dobrze w tym Harvardzie.

5

UWIELBIAŁA TO MIEJSCE.

Już przy pierwszym rzucie oka na Massachusetts Hall, starszy o pół wieku od samych Stanów Zjednoczonych, Leisha odczuła coś, czego brakowało jej w Chicago: dostojeństwo wieku i tradycji. Z nabożną czcią dotykała cegieł Biblioteki Widenera i szklanych gablotek W Muzeum Peabodiego. Dotąd nie była szczególnie podatna na działanie teatru albo mitu: cierpienia Julii wydały jej się sztuczne, a męki Williego Lomana raczej bezsensowne. Przemawiał do niej tylko król Artur, walczący o lepszy porządek społeczny. Ale teraz, kiedy przechadzała się pośród ogromnych, płonących jesiennymi barwami drzew, dojrzała na mgnienie oka błysk tej siły, która kumulowała się w wysiłku wielu pokoleń, w fortunach pozostawionych tym, którzy będą z nich korzystać, by rozwijać się i kształcić, a których osiągnięć darczyńcy nigdy nie mieli oglądać, w zbiorowym wysiłku ciągnącym się przez całe wieki i kształtującym czasy, które miały dopiero nadejść. Zatrzymywała się i przez liście patrzyła w niebo, a potem na solidne — w myśl swego przeznaczenia — budynki. W takich chwilach myślała o Camdenie, który siłą woli nagiął Zarząd Instytutu, żeby stworzyć ją taką, jaką chciał ją mieć.



43 из 429