
— Tony…
— No powiedz — nalegał, a w jego głosie usłyszała ton tamtego czternastolatka, którego kiedyś przedstawił jej Richard. Jednocześnie ujrzała w myślach twarz ojca; nie taką, jaka była teraz, po założeniu bajpasów, ale taką jak wtedy, kiedy trzymał Leishę na kolanach i wyjaśniał jej, że jest kimś wyjątkowym.
— Wierzę w dobrowolną wymianę, która przynosi wzajemną korzyść. Wierzę, że duchowa godność człowieka wynika z tego, że utrzymuje się on przy życiu dzięki indywidualnemu wysiłkowi. I w wymianę rezultatów tego wysiłku we współpracy całego społeczeństwa. Że symbolem tej współpracy jest kontrakt. I że potrzebujemy siebie nawzajem, żeby wymiana była pełniejsza i coraz bardziej korzystna.
— Ślicznie — uciął Tony. — A co powiesz na hiszpańskich żebraków?
— Co takiego?
— Idziesz ulicą w tak biednym kraju jak Hiszpania i widzisz żebraka. Dasz mu dolara?
— Pewnie tak.
— Dlaczego? Przecież nie ma dla ciebie nic na wymianę?
— Z dobroci. Ze współczucia.
— Widzisz sześciu żebraków. Dasz im po dolarze?
— Pewnie tak.
— Dałbyś. Widzisz stu żebraków i nie masz fortuny Leishy Camden — dasz każdemu po dolarze?
— Nie.
— Dlaczego nie?
Leisha starała się zachować spokój. Niewielu ludzi potrafiło sprawić, że miała ochotę przerwać połączenie, lecz Tony niewątpliwie do nich należał.
— Ponieważ nadwerężyłabym własne źródła utrzymania. Moje własne życie ma priorytet w korzystaniu ze środków, które zdobywam.
— W porządku. A teraz rozważ taką sytuację. W Instytucie Biotechniki, gdzie ty i ja wzięliśmy swój początek, droga pseudosiostro, doktor Melling zaledwie wczoraj…
— Kto?!
— Doktor Susan Melling. O mój Boże, zupełnie zapomniałem, że kiedyś była żoną twego ojca!
— Straciłam z nią kontakt — powiedziała Leisha. — Nie, wiedziałam, że wróciła do pracy. Alice kiedyś powiedziała… Nieważne. Co się dzieje w Instytucie?
