
– Czytałam pańskie rzeczy. Jest pan bardzo dowcipny.
– Dziękuję. – Popatrzyłem, na Paula. – Słyszałeś, stary, co ona mówi? Jestem dowcipny.
– Z pewnością – powiedział – należy ci się jakieś miejsce…
Na widok Sary wracającej z pełnymi kieliszkami zerwał się i popędził do kuchni. Sara usiadła koło mnie. Golnąłem jednego.
Właściwie, przyszło mi do głowy, mógłbym udawać, że pisze scenariusz i miesiącami kręcić się po Marina del Rey, popijając drinka za drinkiem. Zanim zdążyłem na dobre rozsmakować się w tym pomyśle, trzasnęły drzwi i w progu stanął Jon Pinchot.
– O, jesteście!
– Eu – odparłem.
– Chyba znalazłem sponsora! Nic, tylko siąść i pisać!
– To może potrwać kilka miesięcy.
– Ależ naturalnie…
Wrócił Paul, niosąc dla Księżniczki kieliszek czegoś dziwnie różowego.
Pinchot popędził do kuchni po drinka dla siebie.
Było to pierwsze z wielu spotkań, które, przynajmniej dla mnie, kończyły się ciężką popijawą. Uznałem tę sytuację za niezbędny bodziec do pracy, bo naprawdę interesowały mnie jedynie poezja i opowiadania. Pisanie scenariuszy uważałem za skończony idiotyzm. Niemniej lepsi ode mnie dawali się wpuścić w ten żałosny proceder.
Jon Pinchot wrócił z drinkiem i usiadł.
To miał być długi wieczór. Gadaliśmy bez końca, nie bardzo wiem o czym. Ostatecznie wypiliśmy z Sarą tyle, że nie byliśmy w stanie wracać samochodem. Uprzejmie zaoferowano nam sypialnię.
W tej właśnie sypialni, w ciemnościach, kiedy na dobranoc nalewaliśmy sobie porządnego czerwonego wina, Sara spytała mnie, czy napiszę scenariusz.
– Ani mi się śni – odpowiedziałem.
2
Po 3 czy 4 dniach Jon Pinchot odezwał się znowu. Jego znajomy, Danny Server, młody reżyser i producent, miał w Venice całe studio filmowe. Danny obiecał udostępnić salę projekcyjną, żebyśmy mogli obejrzeć dokument Pinchota Śmiech Bestii, o czarnym kacyku, który dogadzał swoim krwawym zachciankom. Najpierw jednak mieliśmy wypić parę kieliszków u Pinchota. W ten sposób kolejny raz wylądowaliśmy na Sailboat Lane…
