
Otworzył Jon. Weszliśmy z Sarą do środka. Jon nie był sarn. Stał przy nim jakiś facet. Miał zadziwiającą czuprynę – sprawiała jednocześnie wrażenie siwej i blond. Twarz różową, a właściwie czerwonawą, niesamowite, okrągłe niebieskie oczka, bardzo okrągłe i bardzo niebieskie. Wyglądał jak uczniak, który szykuje tęgiego psikusa. Z czasem przekonałem się, że zawsze miał taką minę. Wzbudzał sympatię od pierwszego wejrzenia.
François Racine – przedstawił go Jon. – Grywał w wielu filmach, moich i cudzych.
– W cudzych mi płacono… – Ukłonił się. – Jak się macie?
Jon wyszedł po drinki.
– Przepraszam was na chwilkę – powiedział François. – Zaraz skończę.
Na stole stała mała elektryczna ruletka. Kręciła się za przyciśnięciem guzika. Obok leżał stos żetonów i długi arkusz papieru z obliczeniami. Była też tabela zakładów. François ułożył żetony i nacisnął guzik.
– Moja Pani z Wirującą Głową. Kocham ją – wyznał.
Wyłonił się Jon z drinkami.
– Kiedy François nie gra, to ćwiczy, a przynajmniej myśli o ruletce.
Koło zatrzymało się. François zgarnął wygraną.
– Udało mi się rozgryźć permutacje koła – odezwał się François. Wygrywam, bo zawsze przewidzę, gdzie się zatrzyma.
– Jego system się sprawdza – dorzucił Jon – tylko że czasem po wejściu do kasyna lubi się przerzucić na inny system.
– Często padam ofiarą Chęci Samounicestwienia – wyjaśnił François.
– Hank też lubi hazard – powiedziała Sara. – Gra na wyścigach. Nie opuszcza ani jednej gonitwy.
– A, konie! – François przyjrzał mi się. – Wygrywasz?
– Tak mi się przynajmniej wydaje…
– Musimy się kiedyś wybrać razem!
– Jasne.
François z powrotem zajął się swoim kółkiem, a my siedliśmy popijając.
