
Rozmyślania przerwał mu brzęczyk interkomu.
— Słucham — powiedział zwięźle, naciskając klawisz.
— Załoga w komplecie, skipper — rozległ się głos Chris. — Wszyscy są na pokładzie łodziowym.
— Więc zabieraj ich ze statku, Chris — polecił już znacznie łagodniej. — I… powodzenia!
— Aye, aye, skipper.
W jej głosie słychać było wahanie i chęć, by powiedzieć coś jeszcze, lecz nie było nic, co mogłaby rzec, dlatego rozległ się jedynie trzask przerwanego połączenia.
Sukowski odetchnął z ulgą, widząc na ekranie małą zieloną plamkę oznaczającą jeden z pokładowych promów towarowych — jednostkę wystarczająco dużą, by pomieścić całą załogę, i wystarczająco szybką, by uciec napastnikom. Prom leciał z przyspieszeniem czterystu g, czyli wolniej od ścigającego, ale wystarczająco szybko, by znaleźć się poza zasięgiem tak pościgu, jak i ostrzału. Jedynie wariat goniłby prom zamiast frachtowca, a piraci, choć na pewno wściekli, iż wymknęła im się załoga, wariatami nie byli. I na pewno przygotowali się na taką ewentualność i mieli na pokładzie całą załogę pryzową.
Odchylił oparcie fotela i usiadł wygodniej — przez najbliższe pół godziny i tak nie miał nic do roboty poza utwierdzaniem się w przekonaniu, że przeżyje dzięki ofercie właściciela, którą miał w sejfie. Klaus Hauptman, do którego należał Bonaventure, wyposażył w podobne oferty wszystkie swoje statki latające w przestrzeni Silesiańskiej. Proponował w nich okup za każdego członka załogi, który wpadnie w ręce piratów. Sukowski znał go na tyle długo i dobrze, by mieć pewność, że choć jest to kawał aroganckiego sukinsyna, to tej obietnicy z pewnością dotrzyma. Podobnie jak jego przodkowie, Klaus był lojalny wobec swych pracowników, jak długo ci pozostawali lojalni wobec niego, a…
