Dalsze rozmyślania przerwało mu niespodziewane przybycie na mostek windy. Obrócił się wraz z fotelem i w otwierających się drzwiach zobaczył Chris Hurlman.

— Co ty tu robisz, do cholery?! — warknął rozwścieczony. — Wydałem ci, do diabła, wyraźny rozkaz!

— Mam gdzieś twoje rozkazy — odparła spokojnie, maszerując do swojego stanowiska. — To nie jakaś zasrana Królewska Marynarka, a ty nie jesteś Edwardem Saganamim!

— Nadal jestem kapitanem tego statku, do cholery! I chcę, żebyś się natychmiast wyniosła z jego pokładu!

— Szkoda — odparła uprzejmiej, siadając we własnym fotelu i nakładając słuchawkę z mikrofonem. — Bo problem polega na tym, że potrafię walczyć zdecydowanie lepiej i nie wiadomo, kto w efekcie może zostać zmuszony do opuszczenia statku… skipper.

— A co z załogą?! Miałaś przejąć nad nią dowództwo i jesteś za nią odpowiedzialna.

— Rzuciliśmy monetą z Gendą. Przegrał. Nie ma obaw: dostarczy ich żywych i zdrowych na Telemacha.

— Cholera, Chris, nie chcę, żebyś tu była! — głos Sukowskiego złagodniał. — Nie ma powodu, dla którego miałabyś tu być i ryzykować, że cię zabiją… albo i gorzej.

Chris Hurlman spuściła na chwilę wzrok, po czym odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy.

— Oboje mamy dokładnie te same powody, by ryzykować, a prędzej mnie piekło pochłonie, nim pozwolę, by pan sam stawił czoło tej bandzie sukinsynów. Poza tym — uśmiechnęła się złośliwie — taki stary pryk potrzebuje kogoś młodszego i wredniejszego jako opiekuna. Nie mówiąc już o tym, że Jane złoiłaby mi skórę, gdybym sobie tak po prostu odleciała i zostawiła tu pana samego.



6 из 514