
tempo, mrużąc oczy od blasku i rozkoszy, z każdym wydechem wyrzucając z siebie nudę zadymionych gabinetów, zbutwiałych dokumentów, beznadziejność płaczliwych przestępców i zrzędzących zwierzchników, smętek politycznych sporów i brodatych dowcipów, monotonną krzątaninę żony i najazdy dorastających dzieci… posępne zabłocone ulice, śmierdzące lakiem korytarze, puste paszcze kas pancernych, ponurych jak martwe czołgi, niebieściutkie wypłowiałe tapety w jadalni, różowiutkie wypłowiałe tapety w sypialni i pochlapane atramentem żółciutkie tapety w pokoju dziecinnym… Z każdym wydechem wyzwalałem się od samego siebie, urzędowego, przerażająco moralnego, do obłędu posłusznego prawu człowieka w mundurze z błyszczącymi guzikami, troskliwego męża i przykładnego ojca, gościnnego kolegi i serdecznego krewniaka, ciesząc się, że wszystko to opuszcza mnie, i łudząc się nadzieją, że opuszcza bezpowrotnie, że od tej chwili życie będzie lekkie i czyste jak kryształ, będzie biegło w młodym, wesołym, szalonym tempie. O, jak to wspaniale, że tu przyjechałem!… Niech żyje Segut, brawo, Segut, dzięki ci, Segut, chociaż walisz swoich kasiarzy po mordach w czasie przesłuchań… Ach, jaki ja jeszcze jestem lekki, zwinny, silny, mogę długo pędzić właśnie tak, po idealnej prostej, sto tysięcy kilometrów, a mogę i tak — ostro w prawo, ostro w lewo, odrzucając nartami tony śniegu. A przecież już od trzech lat nie jeździłem na nartach, od czasu kiedy kupiliśmy ten przeklęty nowy dom, na cholerę myśmy to zrobili, na diabła nam ten przytułek na starość, całe życie człowiek pracuje na starość… A do diabła z tym wszystkim, nie chcę o tym teraz myśleć, do diabła ze starością, do diabła z domem i do diabła z tobą, Peter, Peter Glebsky, urzędniku miłujący prawo, niechaj cię Pan Bóg ma w swojej opiece…
Kiedy fala początkowego entuzjazmu opadła, stwierdziłem, że stoję przy drodze, mokry, zadyszany, od stóp do głów oblepiony śniegiem. To zdumiewające, jak szybko mija entuzjazm. Gryźć się, trapić, zadręczać można godzinami, dniami i nocami, a entuzjazm przychodzi i niezwłocznie mija, nic z niego nie zostaje oprócz poczucia skrępowania, mokrych pleców i drżących od niedawnego wzburzenia mięśni.