Proszę, jeszcze mi uszy zatkało od wiatru… Zdjąłem rękawiczkę, wsadziłem palec w ucho, wytarłem twarz i nagle usłyszałem hałaśliwy warkot, jak gdyby tuż przy mnie zamierzał wylądować sportowy samolot. Ledwie zdążyłem przetrzeć okulary, kiedy śmignął obok mnie nie samolot, rzecz jasna, tylko olbrzymi motocykl, należący do gatunku tych właśnie, które przebijają na wylot mury i mają na swoim koncie więcej śmiertelnych ofiar niż wszyscy mordercy, bandyci i gangsterzy razem wzięci. Motocykl obsypał mnie fontanną śniegu, okulary znowu mi zalepiło, ale jednak zdołałem zauważyć chudą, przygiętą sylwetkę, rozwiane czarne włosy i sterczący jak deska koniec czerwonego szala… Za jazdę bez kasku, pomyślałem automatycznie, pięćdziesiąt koron grzywny i odebranie prawa jazdy na miesiąc… Zresztą nie mogło być nawet mowy, żeby dostrzec numer — nie widziałem nawet hotelu i połowy doliny na dodatek — śnieżny obłok wzniósł się do samego nieba. Zresztą, co mnie to obchodzi! Odepchnąłem się kijkami i zjechałem drogą w ślad za motocyklem w kierunku hotelu.

Kiedy dobiegłem, motocykl stygł przed werandą. Obok na śniegu poniewierały się olbrzymie skórzane rękawice z rozcięciami na boku. Wbiłem narty w zaspę, otrzepałem się i ponownie spojrzałem na motocykl. Jaka to złowieszcza maszyna! Nieodparcie nasuwa człowiekowi myśl, że w przyszłym sezonie hotel będzie się nazywał Pod Poległym Motocyklistą. Właściciel weźmie nowo przybyłego gościa za rękę i powie, wskazując na dziurę w murze: „W tym miejscu. Właśnie w tym miejscu wpadł na ścianę z szybkością stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę i przebił budynek na wylot. Ziemia zadrżała, kiedy wpadł do kuchni, tocząc przed sobą czterdzieści dwie cegły…” Dobra rzecz — reklama, pomyślałem, wchodząc na górę. Wejdę teraz do swojego pokoju, a za moim stołem rozsiadł się szkielet z dymiącą fajką w zębach, przed nim firmowa nalewka na muchomorach, trzy korony za litr.



11 из 187