
Coś się w moim pokoju zmieniło, poczułem to od razu. Po sekundzie zrozumiałem — pachniało tytoniem do fajki, identycznie jak w pokoju muzeum. Natychmiast zajrzałem do popielniczki. Żarzącej się fajki tam nie było — za to była kupka popiołu przemieszana z drobinami tytoniu. Na postoju, przypomniałem sobie. Nie je, nie pije, tylko ślady zostawia…
I wtedy tuż obok mnie ktoś przeciągle westchnął. Z sypialni, stukając pazurami, leniwie wyszedł bernardyn Lelle, popatrzył na mnie z uśmieszkiem i się przeciągnął.
— Ach, więc to ty tu paliłeś? — zapytałem.
Lelle mrugnął do mnie i pokręcił głową. Jakby się opędzał od muchy.
Rozdział II
Sądząc ze śladów na śniegu, ktoś tu już próbował jeździć — odjechał jakieś pięćdziesiąt metrów, przewracając się na każdym kroku, następnie wrócił, zapadając się po kolana, niosąc deski i kijki w rękach, upuszczając je na ziemię, podnosząc i znowu upuszczając — wydawało się, że nad tym śniegiem, poranionym, całym w bliznach do tej pory wiszą jeszcze zamarznięte przekleństwa. Ale dalej śnieżna pokrywa była czysta i nietknięta jak świeżo wykrochmalone prześcieradło.
Poskakałem przez chwilę w miejscu, wypróbowując wiązania, wydałem z siebie radosny okrzyk i popędziłem na spotkanie słońca, bezustannie zwiększając
