— Pozwoli pani — powiedział właściciel do pani Moses — że przedstawię pani inspektora Glebsky’ego. — Popielata wieża u szczytu stołu z lekka się zachwiała, uniosły się i opadły zdumiewające, cudowne rzęsy. Skłoniłem głowę. Z przyjemnością zgiąłbym się do ziemi — tak mnie paliło w brzuchu, ale pani Moses uśmiechnęła się i od razu poczułem ulgę. Odwróciłem się, dokończyłem zakąskę i poszedłem po zupę. Gospodarz posadził mnie naprzeciwko Barnstockre’ów, tak że po mojej prawej stronie, niestety zbyt daleko, znalazła się pani Moses, a po lewej, niestety zbyt blisko — posępny figlarz Simonet gotowy w każdej chwili wybuchnąć swoim potwornym rechotem.

Rozmową przy stole kierował właściciel. Rozmawiano o zagadkowym i niepoznawalnym, a mówiąc ściśle o tym, że w hotelu ostatnimi dniami dzieją się dziwne rzeczy. Jako nowicjuszowi zreferowano mi szczegóły. Du Barnstockre wyznał, że istotnie dwa dni temu zginęły mu pantofle, które znaleziono dopiero wieczorem w pokoju muzeum. Simonet z chichotem oznajmił, że ktoś czytuje jego książki, przeważnie literaturę specjalistyczną, i robi na marginesach notatki, przeważnie absolutnie kretyńskie. Właściciel, zamierając z zachwytu, opowiedział o dzisiejszej historii z dymiącą fajką i gazetą i dodał, że nocami ktoś snuje się po domu. Słyszał to na własne uszy i nawet raz widział białą postać przemykającą od drzwi wejściowych przez hol w kierunku schodów. Pani Moses bez przesadnej skromności z ochotą potwierdziła te informacje i dodała, że wczoraj w nocy coś zajrzało do jej pokoju przez okno. Simon Simonet pochwalił się, że w nocy śpi jak zabity i niczego takiego w ogóle nie słyszał.



17 из 187