
Atmosferę rozkosznej grozy, która zapanowała przy stole, naruszył pan fizyk.
— Pewnego razu przyjechał do nieznanego sobie miasta pewien major — zawiadomił nas. — Zatrzymał się w hotelu i polecił wezwać…
Nagle zamilkł i rozejrzał się dookoła.
— Pardon — powiedział — nie jestem pewien, czy w obecności dam — tu skłonił się w stronę pani Moses — jak również pa… e… e… pacholąt — tu spojrzał na latorośl — e… e…
— A, ten głupawy dowcip — powiedziało dziecię lekceważąco.
— Wszystko pięknie, ale nie dzieli się na pół. Ten?
— Właśnie! — zawołał Simonet i wybuchnął śmiechem.
— Dzieli się na pół? — zapytała pani Moses z uśmiechem.
— Nie dzieli się! — gniewnie sprostowało dziecię.
— Ach, nie dzieli się? — zdumiała się pani Moses. — A co się właściwie nie dzieli?
Dziecię otworzyło już usta, ale du Barnstockre wykonał niedostrzegalny gest i usta zostały zatkane wielkim rumianym jabłkiem. Dziecię natychmiast ze smakiem odgryzło wielki kęs.
— Ostatecznie dziwne rzeczy dzieją się nie tylko u nas w hotelu — powiedział du Barnstockre. — Wystarczy na przykład wymienić niezidentyfikowane obiekty latające…
Dziecię z łoskotem odsunęło krzesło i nadal z chrzęstem gryząc jabłko, skierowało się do wyjścia. Diabli wiedzą, co to takiego! Chwilami ta zgrabna figurka wydawała mi się uroczą dziewczyną, ale wystarczyło złagodnieć i dziewczyna gdzieś znikała, a zamiast niej pojawiał się bezczelny wyrostek — z tych, którzy hodują pchły na plażach i narkotyzują się w publicznych toaletach. Ciągle jeszcze zastanawiałem się, kogo by tu zapytać, czy to chłopiec, czy dziewczyna, a du Barnstockre w dalszym ciągu szemrał:
