— Ale to przecież ogromne prawdopodobieństwo! — z żarem oświadczył du Barnstockre. — I ja to rozumiem tak, że prawie na pewno jesteśmy obiektem obserwacji.

W tym momencie drzwi do jadalni za moimi plecami załomotały i zadygotały, jakby je ktoś z wielką siłą próbował wyważyć.

— Do siebie! — krzyknął właściciel. — Proszę ciągnąć do siebie!

Odwróciłem głowę. W progu ukazała się zdumiewająca postać. Był to masywnie zbudowany niemłody mężczyzna o twarzy niewątpliwego buldoga, przyodziany w niesłychany strój przypominający średniowieczną kamizelę w kolorze łososiowym.

— Olga! — zaryczał, spoglądając przed siebie zmętniałymi oczami. — Zupa!

Jedną rękę trzymał za plecami, w drugiej zaś dzierżył smukły metalowy kubek. Powstało krótkie zamieszanie. Pani Moses z jakimś ubliżającym jej pośpiechem podbiegła do stolika z zupami, właściciel oderwał się od bufetu i zaczął wykonywać rękoma gesty oznaczające gotowość do wszelkich usług, a pan Moses, ponieważ niewątpliwie był to właśnie on, uroczyście podrygując policzkami, zaniósł swój kubek na miejsce vis-à-vis pani Moses i tam spoczął — cudem tylko nie chybił i nie usiadł obok krzesła.

— Co do pogody, proszę państwa, to dzisiaj pada śnieg — oznajmił. Był kompletnie pijany. Pani Moses postawiła przed nim zupę. Pan Moses surowym wzrokiem zajrzał do talerza i łyknął z kubka. — O czym mowa? — zasięgnął informacji.

— Zastanawialiśmy się nad możliwością wizyty na Ziemi gości z przestrzeni kosmicznej — wyjaśnił Barnstockre z miłym uśmiechem.

— Co takiego ma pan na myśli? — Pan Moses nadzwyczaj podejrzliwie wpatrywał się ponad swoim kubkiem w du Barnstockre’a. — Nie spodziewałem się tego po panu, Barn… Barn… du!

— O, to tylko czysta teoria! — zawołał du Barnstockre. — Pan Simonet obliczył nam prawdopodobieństwo…

— Bzdura — powiedział pan Moses. — Matematyka to nie nauka, panie Barns… Barnl… du! Kto to jest? — zapytał, wytrzeszczając na mnie prawe oko. Mętne jakieś takie oko, niesympatyczne.



20 из 187