
— Panowie pozwolą — pospiesznie powiedział właściciel. — Pan Moses, inspektor Glebsky.
— Inspektor — zawarczał Moses. — Fałszywe pokwitowania, podrobione paszporty… No więc niech sobie pan zapamięta, Glebsky, mój paszport nie jest podrobiony. Ma pan dobrą pamięć?
— Nie narzekam — odpowiedziałem.
— No to niech pan nie zapomina… — Znowu surowo spojrzał na talerz i pociągnął z kubka. — Dobra dziś zupa — oznajmił. — Olga, sprzątnij to i daj jakiegoś mięsa. No i dlaczego milczycie? Mówcie, mówcie, słucham was.
— A propos mięsa — natychmiast zgłosił się Simonet. — Pewien smakosz zamówił w restauracji filet…
— Filet. Tak! — z aprobatą powiedział pan Moses, próbując prze — kroić pieczeń jedną ręką. Z drugiej nie wypuszczał kubka.
— Kelner przyjmuje zamówienie, a smakosz, oczekując na ulubioną potrawę, przygląda się dziewczętom na estradzie…
– Śmieszne — powiedział pan Moses. — Na razie bardzo śmieszne. Za mało soli. Olga, podaj no mi sól. No i co?
Simonet się zawahał.
— Pardon — powiedział niezdecydowanie. — Nabrałem poważnej obawy…
— Tak. Obawy — z zadowoleniem powtórzył pan Moses. — A co dalej?
— To już wszystko — smętnie powiedział Simonet i opadł na oparcie krzesła.
Moses wzniósł oczy na Simoneta.
— Jak to wszystko? — zapytał z oburzeniem. — Czy mu przynieśli filet?
— Hm… Właściwie… właściwie to nie — powiedział Simonet.
— To bezczelność — oświadczył Moses. — Należało wezwać maître d’hôtel. — Z obrzydzeniem odsunął od siebie talerz. — Wyjątkowo ohydną historię opowiedział nam pan, panie Simonet.
— Historia jak historia — odparł z bladym uśmiechem Simonet. Moses pociągnął z kubka i zwrócił się do właściciela.
— Cenevert — powiedział. — Czy znalazł pan tego drania, co kradnie pantofle? Inspektorze! I tak pan tu zbija bąki. Jakiś łobuz kradnie pantofle i zagląda w okna. Niech się pan tym zajmie.
