
Potem pani Moses odstawiła talerz, przytknęła serwetkę do cudownych warg i wznosząc oczy do sufitu, oświadczyła:
— Ach, jak ja kocham piękne zachody słońca! Ta feeria barw! Natychmiast poczułem potężny pociąg do samotności. Wstałem i powiedziałem stanowczo:
— Było mi niezwykle miło. Spotkamy się przy kolacji.
Rozdział III
— Pojęcia nie mam, kto to jest — powiedział Cenevert, oglądając szklankę pod światło. — Zapisał się w mojej księdze jako handlowiec podróżujący prywatnie. Ale to na pewno nie handlowiec. Już prędzej oszalały alchemik, czarodziej, wynalazca…
Siedzieliśmy w salonie przed kominkiem. Czerwono żarzyły się węgle, fotele były autentycznie staroświeckie, wzbudzające zaufanie. Portwein był gorący, aromatyczny i z cytryną. Półmrok był przytulny, czerwonawy, swojski. Na dworze zaczęła się zamieć, w kominie pogwizdywało. W domu panowała cisza, tylko czasami z oddali, jak z cmentarza, dobiegały wybuchy szlochającego rechotu i ostre jak wystrzał klaśnięcia udanych karamboli. W kuchni Kaisa podzwaniała garnkami.
— Handlowcy są przeważnie skąpi — mówił dalej właściciel w zadumie — a pan Moses nie jest skąpy, o nie! „Czy nie byłby pan łaskaw poinformować mnie, czyim rekomendacjom zawdzięczam ten zaszczyt, że raczył pan wybrać mój hotel?” Zamiast odpowiedzi wyciągnął z portfela stukoronowy banknot, zapalił go zapalniczką, przypalił od niego cygaro, dym wydmuchnął mi w twarz i odpowiedział:, Jestem Moses, mój panie, Albert Moses! Mosesowi niepotrzebne są rekomendacje. Moses zawsze i wszędzie jest u siebie”. Co pan na to?
