
Zastanowiłem się.
— Miałem znajomego fałszerza, który zachowywał się mniej więcej tak samo, kiedy kazano mu pokazać dokumenty.
— Odpada — z zadowoleniem powiedział właściciel. — Pieniądze ma autentyczne.
— Więc może jakiś obłąkany milioner.
– Że milioner to jasne — powiedział właściciel. — Tylko kim on jest? Podróżuje dla przyjemności… prywatnie… Po mojej dolinie się nie podróżuje. Tu się przyjeżdża na narty albo na wspinaczkę. To ślepa dolina. Stąd nie ma drogi donikąd.
Nieomal leżałem w fotelu, krzyżując wyciągnięte nogi. Sprawiało mi niezwykłą przyjemność leżenie w takiej pozycji i rozważanie w najzupełniej poważnym tonie, kim też może być pan Moses.
— No, dobrze — powiedziałem. — Dolina bez wyjścia. A co robi w tej dolinie bez wyjścia sławny pan du Barnstockre?
— O, pan du Barnstockre to zupełnie inna sprawa. Przyjeżdża do mnie rokrocznie, już trzynasty raz z rzędu. Po raz pierwszy, kiedy hotel nazywał się jeszcze Szałas. Ma bzika na punkcie mojej nalewki. A pan Moses, ośmielę się zauważyć, stale jest na lekkiej bani, a tymczasem nie zamówił jeszcze ani razu żadnego alkoholu.
Chrząknąłem znacząco i pociągnąłem niezły łyk.
— Wynalazca — stanowczo powiedział właściciel. — Wynalazca albo czarownik.
— Wierzy pan w czarowników, panie Cenevert?
— Alec, gdyby pan był tak łaskaw. Po prostu Alec.
Uniosłem szklankę i wypiłem jeszcze jeden spory łyk za zdrowie Aleca.
— W takim razie proszę do mnie mówić po prostu Peter.
Właściciel uroczyście skinął głową i wypił spory łyk za zdrowie Petera.
— Czy wierzę w czarnoksiężników? — zapytał. — Ja wierzę we wszystko, co mogę sobie wyobrazić, Peter. W czarowników, w Pana Boga, w diabła, w upiory… w latające talerze… Jeśli człowiek może to wszystko sobie wyobrazić, znaczy, że wszystko to gdzieś istnieje, bo inaczej po co naszemu mózgowi takie zdolności?
