
— Jeszcze pan Simonet mieszka… Tu, naprzeciwko. Ciągle gra w bilard i łazi po ścianach. Figlarz, tylko że jakby jakiś smętny. Na tle psychicznym. — Kaisa znowu się zaczerwieniła.
— A kto jeszcze? — zapytałem.
— Pan du Barnstockre. Hipnotyzer z cyrku…
— Barnstockre? Ten sam?
— Nie wiem. Może i ten sam. Hipnotyzer… I Brune.
— Co za Brune?
— A ten z motocyklem. W spodniach. Też figlarz, chociaż jakiś młody.
— Tak — powiedziałem. — To już wszyscy?
— Jeszcze jeden mieszka. Niedawno przyjechał. Tylko że on to tylko tak… Nie tak jak wszyscy. Nie śpi, nie je, tylko pokój zajmuje…
— Nie rozumiem — przyznałem szczerze.
— A tego to nikt nie rozumie. Zajmuje pokój i już. Jak na postoju. Gazety czyta. Niedawno ukradł pantofle pana du Barnstockre’a… Ślady zostawia…
— Jakie? — Bardzo chciałem ją zrozumieć.
— Mokre. Idą przez cały korytarz. I jeszcze przyzwyczaił się na mnie dzwonić. To z jednego numeru, to z drugiego. Przyjdę, a tam nikogo nie ma.
— No dobrze — powiedziałem z westchnieniem. — Nie rozumiem cię, Kaisa. Może to i lepiej. Lepiej pójdę sobie pod prysznic.
Zgniotłem niedopałek w dziewiczo czystej popielniczce i poszedłem do sypialni po bieliznę. Położyłem tam na stoliku przy wezgłowiu kilka książek i na moment przyszło mi do głowy, że chyba raczej niepotrzebnie je tu przywiozłem. Zrzuciłem buty, wsunąłem nogi w kapcie, zabrałem ręcznik kąpielowy i poszedłem do łazienki. Kaisa już sobie poszła, popielniczka na stole znowu była dziewiczo czysta. Na korytarzu było pusto, skądś dobiegał stukot bilardowych kul — najpewniej zabawiał się tak smętny figlarz na tle psychicznym. Jak mu tam… Simonet, zdaje się.
Drzwi do łazienki znalazłem na podeście schodów i te drzwi okazały się zamknięte. Czas jakiś stałem niezdecydowany, ostrożnie przekręcając plastikową klamkę. Ktoś niespiesznie ciężkim krokiem przeszedł korytarzem.
