
— Tak jest. — Zawzięta mina centuriona powinna każdemu potencjalnemu dezerterowi dać do myślenia. — Można by wyznaczyć Khatrishów do patrolu — zasugerował.
— To jest myśl — przyznał Marek i zawołał: — Pakhymer!
Dowódca jeźdźców z Khatrish podjechał do trybuna na małym kudłatym koniku. Skaurus wyjaśnił mu, o co chodzi. Polecenie wyraził w formie prośby. Khatrishe nie podlegali jego rozkazom, lecz byli towarzyszami niedoli.
Laon Pakhymer z nieobecnym wyrazem twarzy podrapał się po policzku. Jak wszyscy jego ziomkowie był brodaty. Gęste bokobrody zakrywały dzioby po ospie.
— Zrobię to pod warunkiem, że patrole będą łączone — odezwał się wreszcie. — Chcę mieć świadków na wypadek, gdyby któryś z waszych żołnierzy się awanturował i trzeba będzie go zdzielić w głowę. Lepiej nie prowokować wendety, której trudno położyć kres.
Nie po raz pierwszy Skaurus podziwiał zdrowy rozsądek Pakhymera. W obszarpanych skórzanych spodniach i przepoconej czapce z lisa wyglądał na prostego nomadę. Khatrishe rzeczywiście prowadzili kiedyś koczowniczy tryb życia, lecz nabrali ogłady od czasu, kiedy przed ośmiuset laty ich przodkowie Khamorthci wyruszyli z równin Pardraji i zagarnęli jedną z prowincji Videssos. Byli jak dobre wino w tanich dzbanach, którego jakość trudno jest docenić przy pośpiesznym piciu.
Trybun dał znak trębaczom. Legioniści stanęli na baczność, a Marek wydał im rozkazy:
— Niektórzy z was zapewne sądzą, że uda się im wymknąć i nigdy nie zostaną złapani — dodał na koniec. — Może mają rację. Radzę jednak pamiętać, co was czeka za murami. Niedługo byście się cieszyli wolnością.
Zapadła cisza, którą przerwał ryk Gajusza Filipusa: „Spocznij!”. Żonaci mężczyźni rozeszli się po mieście. Kawalerowie zostali, by czekać na ich powrót. Niektórzy ruszyli ku kobietom zgromadzonym przy bramie. Najwyraźniej chcieli zmienić status; na stałe lub na trochę. Gajusz Filipus uniósł brew i spojrzał pytająco na Skaurusa. Trybun wzruszył ramionami na znak, że nie ma nic przeciwko temu, by żołnierze znaleźli sobie pocieszenie.
