
— Minucjuszu, pójdziesz z Helvis i ze mną? — zapytał. — Erene pilnuje Malrika.
Legionista uśmiechnął się szeroko.
— Tak, panie. Jestem pewien, że ucieszy się na mój widok, mając na głowie trójkę dzieciaków. Zawsze to będzie dla niej ulga i miła odmiana.
Marek zaśmiał się i przetłumaczył Helvis jego słowa. Między sobą Rzymianie rozmawiali przeważnie po łacinie.
— Nawet nie wiesz, ile racji jest w tym, co mówisz — powiedziała Helvis do Minucjusza, wywracając oczami.
— Ależ wiem, moja damo — odparł legionista, przechodząc na videssański. — Na małej farmie, na której dorastałem, byłem najstarszy z ośmiorga dzieci, nie licząc dwójki, która umarła w niemowlęctwie. Nie mam pojęcia, kiedy moja matka spała.
Nawet w ciężkich czasach niektóre rzeczy w Khliat nie zmieniały się. Kiedy Helvis, Marek i Minucjusz szli przez miejski rynek, musieli torować sobie drogę wśród gołębi, kosów i wróbli, które robiły harmider wokół straganów ze zbożem. Ptaki były pewne, że nie zabraknie im jedzenia i czuły się bezpiecznie.
— Wkrótce zmądrzeją — stwierdził Minucjusz, omijając gołębia, który nie chciał mu ustąpić drogi. — Przyjdzie oblężenie i przez pierwsze dni będzie dużo wykwintnych pieczeni. Potem ptaki zrozumieją, że dobre czasy się skończyły, i człowiek nie zbliży się do żadnego na odległość pięćdziesięciu kroków.
Na rynku nadal siedzieli żebracy, choć wyglądało na to, że co sprawniejsi udali się w bezpieczniejsze strony. Minucjusz pogrzebał w sakiewce, żeby dać parę groszy chudemu, siwobrodemu starcowi z jedną nogą, który rozłożył się przed otwartymi drzwiami szynku.
— Dasz mu złoto? — spytał Marek zaskoczony widząc, że żołnierz wyjmuje małą monetę zamiast jednego z dużych miedziaków bitych w Videssos.
