
Rzymianie i ich towarzysze maszerowali na wschód w takim szyku jak zagrożone stado. Khatrishe pełnili rolę zwiadowców, osłaniali główny trzon małej armii i ostrzegali przed niebezpieczeństwami. Legioniści, jak stare samce, otaczali czworobokiem kobiety, dzieci i rannych.
Porządek i wyraźna gotowość do podjęcia walki chroniły przed atakami. Oddział liczący około trzystu Yezda podążał równolegle do Rzymian przez jeden dzień, jak wilki, które czają się, by porwać słabsze sztuki ze stada bawołów. W końcu nomadzi doszli do wniosku, że nie ma nadziei na upolowanie zwierzyny, i odjechali w poszukiwaniu łatwiejszej zdobyczy.
Marek nie mógł sprzeciwiać się obecności kobiet w obozie. Choć był zadowolony, że Helvis dzieli z nim namiot, irytowało go naruszanie zasad. Godził się na to, lecz bez entuzjazmu. Kiedy Senpat Sviodo zaczął z niego pokpiwać, zimne spojrzenie położyło kres dalszym docinkom.
Rankiem czwartego dnia po opuszczeniu Khliat nadjechał z południa khatrisherski zwiadowca. Niedbale zasalutował Markowi i zameldował:
— Coś dzieje się na wzgórzach. Odgłosy wskazują na walkę, ale są dość dziwne. Nie przyglądałem się z bliska. W tej okolicy lepiej poruszać się pieszo niż konno. To stromy i kamienisty teren.
— Wskaż mi kierunek — powiedział trybun. Podążył wzrokiem za palcem Khatrisha. Zobaczył małą chmurę kurzu, a niżej błyski światła, jakby słońce odbijało się od stali. Jeśli nawet toczyła się tam bitwa, nie mogła być duża.
Lecz jeśli to videssańskie lub vaspurakańskie niedobitki walczyły z przednią strażą sporego oddziału Yezda, Rzymianie powinni o tym wiedzieć.
— Wyznacz ośmiu ludzi i dobrego podoficera — polecił Skaurus Gajuszowi Filipusowi. — Niech sprawdzą, co się tam dzieje.
— Tak jest, ośmiu ludzi — centurion wskazał głową na wybranych legionistów. — A jeśli chodzi o dowódcę, proponuję…
Marek przerwał mu pod wpływem impulsu.
