
— W roku 1960. Byłem tam po raz ostatni w moim publicznym wcieleniu, zanim tutaj przybyłem.
Uśmiechnęli się do siebie i poszli się spakować. Na szczęście Everard zabrał ze sobą kilka ubrań z połowy dwudziestego wieku, które mogły pasować na przyjaciela.
Wrzucając ubrania i brzytwę do małej walizki, Amerykanin zastanowił się, czy będzie umiał dostosować się do Wenusjanina. Nigdy nie żył na szerokiej stopie i nie potrafił zdobyć się na fanfaronadę. Dobra książka, spotkanie z kolegami, skrzynka piwa — takie mniej więcej były granice jego możliwości. Ale nawet najtrzeźwiejszy na świecie człowiek musi od czasu do czasu się upić.
Zwłaszcza jeśli jest samodzielnym agentem Patrolu Czasu, jeśli jego praca w Engineenng Studies Co. jest tylko fikcją maskującą jego wędrówki i zmagania na przestrzeni całej historii ludzkości, jeśli widział, jak tę historię pisano na nowo i że wcale nie robił tego Bóg — co Manse mógłby łatwiej znieść — tylko śmiertelni i omylni ludzie, gdyż nawet Danellianie nie byli tak potężni jak Stwórca. Everarda nieustannie prześladował lęk przed większą zmianą w historii, zmianą tak poważną, że nigdy nie zaistniałby ani on sam, ani jego świat… Zmęczona, pospolita twarz Manse’a wykrzywiła się w grymasie. Rozczesał palcami sztywne kasztanowate włosy, jak gdyby chciał się uspokoić. Rozmyślania na nic się nie zdadzą. Mowa i logika stają się bezsilne w obliczu paradoksu. W takich chwilach lepiej odprężyć się i odegnać złe myśli.
Podniósł walizkę i podszedł do Pieta van Sarawaka.
Ich mały antygrawitacyjny chronocykl czekał na pochylni w garażu. Patrząc na niego, trudno było uwierzyć, że wystarczy odpowiednio ustawić regulatory, by znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi i w dowolnej epoce. Samolot jest jednak równie wspaniały, podobnie jak statek czy ogień.
