
— Są dojrzałe — oznajmił — choć jutro będą smakować jeszcze lepiej. — Wyciągnął rękę, częstując gościa małymi żółtymi śliwkami.
— Panie Krogulcze — powiedział cicho przybysz. — Arcymagu.
Stary człowiek skinął krótko głową.
— Wejdź w cień — rzucił.
Nieznajomy podążył za nim i usiadł na drewnianej ławie w cieniu rosnącego obok domu przysadzistego drzewa. Podziękował za śliwki, wypłukane i podane w wiklinowym koszyku. Zjadł jedną, drugą, trzecią. Pytany przyznał, że nic nie jadł cały dzień. Gospodarz zniknął w środku domu, a po chwili przyniósł chleb, ser i pół cebuli. Gość zjadł, popijając kubkiem zimnej wody podanej przez gospodarza, który dla towarzystwa poczęstował się śliwkami.
— Wyglądasz na zmęczonego. Z jak daleka przybywasz?
— Z Roke.
Twarz starego człowieka pozostała nieprzenikniona.
— Nie zgadłbym — rzekł tylko.
— Pochodzę z Taonu, panie. Popłynąłem stamtąd na Roke, a tam Mistrz Wzorów powiedział, że powinienem udać się tutaj, do ciebie.
— Czemu?
Spojrzenie gospodarza budziło lęk.
— Ponieważ przemierzyłeś żyw mroczną krainę… — niski głos przybysza załamał się lekko.
Stary człowiek dokończył za niego:
— I dotarłem do odległych brzegów dnia. Istotnie, jednakże przepowiednia ta zwiastowała nadejście naszego króla, Lebannena.
— Byłeś z nim wtedy, panie.
— Byłem. On zdobył tam swe królestwo, ja pozostawiłem moje. Nie obdarowuj mnie więc żadnymi tytułami. Jestem Jastrząb albo Krogulec, jak wolisz. A jak mam zwać ciebie?
Gość wymamrotał swe imię użytkowe: Olcha.
Jedzenie, picie, cień i odpoczynek wyraźnie go odprężyły, lecz nadal wyglądał na wyczerpanego. Przepełniał go pełen znużenia smutek, wyciskał piętno na jego twarzy.
