— Na razie zostawmy rozmowy. — Wcześniej, gdy stary człowiek rozmawiał z przybyszem, w jego głosie dźwięczała twarda nuta. Teraz zniknęła. — Przepłynąłeś prawie tysiąc mil i przeszedłeś pieszo piętnaście, pod górę. Ja zaś muszę podlać fasolę i sałatę, bo żona i córka zostawiły ogród mej pieczy. Odpocznij więc. Porozmawiamy w chłodzie wieczoru albo poranka. Dopiero tu odkryłem, że w życiu rzadko niezbędny jest pośpiech.

Gdy wrócił w pół godziny później, jego gość leżał na wznak w chłodnej trawie pod brzoskwiniowym drzewem i spał.

Wieśniak, który niegdyś był Arcymagiem Ziemiomorza, zatrzymał się z wiadrem w jednej i motyką w drugiej ręce, i spojrzał na uśpionego przybysza.

— Olcha — szepnął cicho. — Jakie kłopoty ze sobą sprowadzasz, Olcho?

Nagle odniósł wrażenie, że gdyby zapragnął poznać prawdziwe imię gościa, zdołałby tego dokonać samymi myślami, wytężając umysł, jak wtedy gdy był magiem.

Nie usłyszał go jednak. Myśli niczego nie dały. Nie był już magiem.

Nie wiedział nic o przybyszu. Musiał zaczekać, aż sam mu powie.

— Nigdy nie proś się o kłopoty — rzekł do siebie i ruszył podlewać fasolę.


* * *

Gdy tylko niski kamienny mur biegnący wzdłuż szczytu urwiska nieopodal domu przesłonił światło słońca, Olcha obudził się w chłodnym cieniu. Usiadł na ziemi, dygocąc. Potem wstał, nieco sztywny i oszołomiony. We włosach utkwiły mu nasiona traw. Na widok gospodarza napełniającego wiadra przy studni i dźwigającego je do ogrodu zaproponował pomoc.

— Jeszcze trzy, cztery i koniec — oznajmił dawny Arcymag, lejąc wodę na korzenie młodej kapusty. W suchym ciepłym powietrzu rozeszła się przyjemna woń mokrej ziemi. Promienie popołudniowego słońca lśniły złotem i odbijały się w kroplach wody.

Usiedli na długiej ławie obok domu, oglądając zachód słońca. Krogulec przyniósł butelkę i dwie pękate szklanice z zielonkawego szkła.



6 из 193