Po prostu parłem naprzód, nie zwracając uwagi na mgłę – miałem w końcu ważniejsze sprawy na głowie. Poprzez opary widziałem migotliwe światła we wszystkich kolorach tęczy. Dziwne, jak wygląda miasto, kiedy oglądamy jedynie jego światła.

Skręciłem za róg w Fallbrook Street, wyszedłem z mgły – i zamarłem. Znalazłem się w zupełnie obcej części miasta. Po drugiej stronie stał McDonald, zwieńczony wielkim łukiem w zieloną kratę. Pewnie jakaś szkocka promocja. Dziwne. Zauważyłem go, ale nie zarejestrowałem, bo za bardzo zajmowały mnie myśli o Rowenie. Zastanawiałem się też, czy istnieje jakikolwiek sposób pozwalający jej wyjaśnić, co się stało, tak by nie uznała mnie za kompletnego durnia. Nie istniał. Wiedziałem, że muszę do niej wrócić i wyznać, że z mojej winy zabłądziliśmy. Myślałem o tym z równym entuzjazmem, jak o kontrolnej wizycie u dentysty.

Przynajmniej kiedy wróciłem biegiem na poprzednią ulicę, zdyszany i spocony, mgła prawie się już rozpłynęła. Rowena wciąż czekała w miejscu, w którym ją zostawiłem; zwrócona do mnie plecami oglądała wystawę sklepu ze zwierzętami. Przebiegłem przez ulicę i klepnąłem Rowenę w ramię.

– Przepraszam – powiedziałem. – Chyba jednak powinniśmy byli posłuchać Teda. Nieczęsto słyszysz coś podobnego, prawda?

A ona się odwróciła.

Kiedy byłem dzieckiem, to znaczy naprawdę małym dzieckiem, jeszcze w Nowym Jorku, nim przenieśliśmy się do Greenville, nawet zanim urodziła się Jenny, pamiętam, że poszedłem z mamą do domu towarowego Macy. Mama robiła tam zakupy gwiazdkowe i mógłbym przysiąc, że jedynie na moment straciłem ją z oczu. Miała na sobie niebieski płaszcz. Wędrowałem za nią po całym sklepie, aż w końcu zrobiło się tak tłoczno, że zacząłem się bać i złapałem ją za rękę. A ona spojrzała w dół…



7 из 155