I to nie była moja mama, tylko jakaś kobieta, której nigdy w życiu nie widziałem, ubrana w podobny niebieski płaszcz i tak samo uczesana. Rozpłakałem się. Zabrali mnie do jakiegoś biura, poczęstowali colą i znaleźli moją mamę, i wszystko skończyło się szczęśliwie. Ale nigdy nie zapomniałem tej chwili zagubienia, gdy spodziewamy się ujrzeć jedną osobę, a widzimy inną.

Tak właśnie czułem się w tym momencie, bo to nie Rowena przede mną stała. Owszem, wyglądała jak ona, tak jak mogłaby wyglądać jej siostra, i była podobnie ubrana. Miała nawet czarną bejsbolówkę, dokładnie taką jak Rowena.

Ale Rowena zawsze szczyciła się długimi, jasnymi włosami. Często powtarzała, że chce, by rosły jak najdłuższe, i nigdy ich nie obcinała.

Ta dziewczyna była ostrzyżona, i to bardzo krótko, i wcale nie wyglądała jak Rowena. Nie dokładnie. Nie z bliska. Rowena ma niebieskie oczy, ta dziewczyna miała oczy piwne. Była wysoką panną w brązowym płaszczu i czarnej bejsbolówce, oglądającą szczeniaki na wystawie sklepu ze zwierzętami. Zupełnie zgłupiałem. Cofnąłem się o krok.

– Przepraszam – mruknąłem. – Wziąłem cię za kogoś innego.

Patrzyła na mnie, jakbym właśnie wylazł z kanału, w masce hokejowej i z piłą łańcuchową w ręku. Nie odpowiedziała.

– Posłuchaj, naprawdę mi przykro – dodałem.

Przytaknęła bez słowa i odeszła chodnikiem, nie zwalniając kroku i co chwila oglądając się za siebie. Potem puściła się pędem, jakby ścigały ją wszystkie stwory piekieł.

Chciałem ją przeprosić za to, że ją wystraszyłem, ale miałem własne problemy.

Zabłądziłem w centrum Greenville, odłączyłem się od pozostałej dwójki z mojej grupy, oddałem wszystkie drobne. Nie zdałem nauk społecznych.

Mogłem zrobić tylko jedno, więc to zrobiłem.



8 из 155