— Rozumiem cię — pocieszyłem go. — Ale w końcu…

— I wtedy zadałem sobie pytanie: dlaczego tak się dzieje? Czy geniusz absolutny zawsze był taką rzadkością, czy w każdym okresie czasu jest go statystycznie tyle samo czy też jest inny powód, właściwy tylko naszym czasom? I czemu nieuchronne odkrycie mojego talentu tak się odwleka? Długo nad tym myślałem, Dave. Myślałem nad tym dokładnie i z pokorą, bo to bardzo ważne pytanie. I oto, co wymyśliłem.

Poddałem się. Oparłem się tylko wygodnie — oczywiście nie za mocno — i słuchałem, jak rozwija teorię estetyki, którą już z dziesięć razy opowiedziało mi dziesięciu innych malarzy z Village. Różnili się tylko w kwestii odpowiedzi na pytanie, kto konkretnie jest uwieńczeniem i najdoskonalszym żyjącym przykładem tej estetyki. Morniel, jak już się pewnie zorientowaliście, uważał, że to on.

Przyjechał do Nowego Jorku z Pittsburga jako wysoki, niezgrabny chłopak, który niechętnie się golił, ale wierzył w swój talent malarski. W tamtych czasach podziwiał Gauguina i próbował kopiować go na płótnie. Z akcentem, który miał być filmowym akcentem z Brooklynu, a w rzeczywistości był czystą mową pittsburską, mógł godzinami dyskutować o „mistyce” ludowej prostoty.

Szybko dał sobie spokój z tym Gauguinem, gdy tylko poszedł na parę wykładów do Ligi Studentów Sztuk Pięknych i zapuścił pierwszą niechlujną blond bródkę. Ostatnio wynalazł nową technikę, którą nazywał „plama na plamie”.

Był kiepskim malarzem, co do tego nie było dwóch zdań. Mówię to, polegając nie tylko na własnej opinii — a mieszkałem w jednym pokoju z dwoma malarzami; z jedną malarką nawet przez rok byłem żonaty — ale na zdaniu obeznanych z tym ludzi, którzy nie mając w tym własnego interesu, dokładnie obejrzeli jego prace.



3 из 18