Jedno z tych malowideł Morniel bardzo chciał mi podarować i pomimo protestów, osobiście powiesił mi nad kominkiem. Pewien znany krytyk sztuki współczesnej, któremu opadła szczęka na widok tego dzieła, powiedział:

— Nie chodzi o to, że niczego istotnego od strony graficznej to nie przedstawia, ale on nawet nie stawia sobie problemów natury, nazwijmy to, malarskiej. Jak byś to nazywał: biel z bielą, plama na plamie, bezprzedmiotowość, neoabstrakcjonizm, tu po prostu niczego nie ma, niczego! Jeszcze jeden krzykliwy, niechlujny, sfrustrowany dyletant, który tylko zaśmieca Village.

Czemu więc spędzałem czas z Mornielem? No cóż, mieszkał, po pierwsze, tuż za rogiem. Miał, na swój pomylony sposób, barwną osobowość. A kiedy całą noc siedziałem nad wierszem, który nijak się nie układał, choćby dla relaksu dobrze było zbłądzić do jego atelier na rozmowę nie mającą nic wspólnego z literaturą.

Kłopot w tym — o czym wiecznie zapominałem — że prawie nigdy nie była to rozmowa, lecz monolog, w który ledwie od czasu do czasu udawało mi się coś wtrącić.

Widzicie, różnica między nami była taka, że moje wiersze zostały wydane, choćby nawet w kiepsko odbitych magazynach eksperymentalnych, utrzymujących się z subskrypcji. On nigdy nie zrobił wystawy. Nawet jednej.

Był jeszcze jeden powód, dla którego utrzymywałem z nim przyjacielskie stosunki. A miało to związek z tym jedynym talentem, który naprawdę posiadał.

Ledwie mi starcza na życie, przynajmniej jeśli chodzi o koszty utrzymania. Takie rzeczy, jak dobry papier czy ciekawe książki do mojej biblioteczki są tym, czego zawsze pożądałem, ale co zawsze mocno wykraczało poza moje finansowe możliwości. Kiedy owo pożądanie staje się nie do zniesienia — na przykład z powodu świeżo wydanego tomu Wallace’a Stevensa — zbaczam do Morniela i mówię mu o tym.



4 из 18