
— … ten odwieczny konflikt z jednostką, która chce utrzymać niezależność — podkreślił Morniel. — Żeby nie wspomnieć…
Kilka wysokich tonów zabrzmiało szybko jeden po drugim. I wówczas, tym razem na środku pokoju i zaledwie metr nad ziemią znów pokazały się purpurowe linie — wciąż mgliste, wciąż prześwitujące i wciąż z tym zarysem człowieka pośrodku.
Morniel przerzucił nogi przez krawędź łóżka i wpatrzył się w ten obraz.
— Co u… — zaczął.
I znowu całe urządzenie zniknęło.
— C-co… — zająknął się Morniel. — Co się tu dzieje?
— Nie wiem — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — Ale cokolwiek to jest, sądzę, że próbują trafić w cel.
Znów zabrzmiały tamte wysokie dźwięki. A purpurowa skrzynia ukazała się naszym oczom, spoczywając bezpiecznie na podłodze. Cały czas ciemniała i nabierała kształtów. Dźwięki wspinały się po skali, jednocześnie cichnąc, aż gdy skrzynia nie była już przezroczysta, znikły zupełnie.
W skrzyni rozsunęły się drzwi. Wyszedł jakiś człowiek ubrany w coś, co zdawało się składać z samych frędzli.
Spojrzał najpierw na mnie, a potem na Morniela.
— Pan Morniel Mathaway? — spytał grzecznie.
— T-tak — wyjąkał Morniel, cofając się w okolice lodówki.
— Panie Mornielu Mathaway — rzekł uroczyście człowiek ze skrzyni. — Nazywam się Glescu. I przynoszę panu pozdrowienia z roku 2487.
Żaden z nas nie wiedział, o co chodzi, więc pozostawiliśmy to bez odpowiedzi. Podniosłem się z krzesła i stanąłem obok Morniela, czując niejasno, że lepiej trzymać się czegoś znanego.
I przez chwilę wszyscy staliśmy bez ruchu. Osobliwa scena.
„Rok 2487” — pomyślałem sobie. W życiu nie widziałem kogoś tak ubranego. Co więcej, nigdy nie wyobrażałem sobie, że ktoś może być tak ubrany, a moja wyobraźnia potrafi wywijać koziołki. To ubranie nie było całkiem przezroczyste, a jednak nie całkiem zasłaniało. Można by je nazwać pryzmatycznym, bo wciąż lśniły na nim różne kolory przeskakujące po frędzlach. Musiała w tym być jakaś prawidłowość, ale na pewno nie taka, którą mógłbym dostrzec i rozpoznać.
