
A sam człowiek, ów pan Glescu, był tego samego wzrostu co Morniel i ja, i nie wyglądał na dużo starszego. Ale było w nim coś — nie wiem, można by to nazwać klasą, autentyczną, olbrzymią klasą — co zmusiłoby do posłuchu księcia Wellingtona. Dobrze wychowany, może o to tu chodziło. W takim razie był najlepiej wychowanym człowiekiem, jakiego w życiu widziałem.
Zrobił krok naprzód.
— A teraz — rzekł głębokim, cudownie brzmiącym głosem — jak każe dwudziestowieczny obyczaj, podamy sobie dłonie.
Tak więc, jak każe dwudziestowieczny obyczaj, podaliśmy mu dłonie. Najpierw Morniel, potem ja — obydwaj bardzo ostrożnie. Pan Glescu podawał nam rękę bardzo niezgrabnie, co przywiodło mi na myśl farmera z Iowy, który pierwszy raz w życiu je pałeczkami.
Po skończonej ceremonii stanął naprzeciw nas, cały promieniejąc. Choć bardziej w stronę Morniela niż moją.
— Co za chwila, prawda? — westchnął. — Co za wspaniała chwila!
Morniel nabrał powietrza w płuca i już wiedziałem, że na coś się przydało nagabywanie facetów od reklamy, którzy wyskakiwali ci przed nosem na schodach i proponowali usunięcie wyrostka. Przychodził do siebie, jego umysł znów zaczynał pracować.
— Pan powiedział „co za chwila”? — zainteresował się. — A cóż w niej takiego nadzwyczajnego? Czy pan może wy-wynalazł podróże w czasie?
Pan Glescu roześmiał się serdecznie.
— Ja? Podróż w czasie? Ach, nie. Nie, nie! Podróż w czasie wynalazła Antoinette Ingeborg, ale to jeszcze wasza przyszłość. Nie warto wchodzić w szczegóły, zwłaszcza że mam tylko pół godziny.
— Dlaczego pół godziny? — spytałem nie dlatego, że byłem ciekaw; po prostu chciałem się włączyć do rozmowy.
