
Takie lubi najbardziej.) I stosując różne formy gwałtowności, domaga się od nas posiłku przed ekranem. Przy scenach bardziej emocjonujących rozrzuca po podłodze kolanka w sosie, sałatkę z kapusty i szczątki kalafiora polane tartą bułeczką. Jeśli konsumuje przy tym pieczywo, do oczyszczenia wykładziny podłogowej przydałoby się stadko kurcząt.
Albo…
Zaraz, zaraz, nie wszystko na kupie.
Przypominam: MAMY Z NIM WYTRZYMAĆ. (A on z nami.) Zwykły tak zwany chłopski rozum każe nam: Po pierwsze: Tuż przed jego powrotem do domu rozkładać w nogach kanapy z narzutą łatwo osiągalny płat przezroczystej folii, której w ogóle nie zauważy, dzięki czemu nie poczuje się znieważony.
Po drugie: Mieć w pogotowiu pożądane przez niego żarcie i triumfalnie stawiać je na stole. Zanim on zacznie bębnić, a nam się zacznie trząść.
Po trzecie: Wspomnianą folię rozkładać wokół fotela przed telewizorem, a gotowe pożywienie podawać na tacy, na stoliczku POZBAWIONYM KÓŁEK. Broń Boże stoliczek na kółkach, bo diabli wiedzą gdzie ten stoliczek mógłby wylądować w chwili gola.
Załatwiwszy te drobnostki, mamy święty spokój i nie musimy przeżywać stresów, a nasze szczęście, z którym mamy wytrzymać, bardzo nas kocha, tym samym znakomicie ułatwiając wytrzymywanie.
I niech mi nikt nie wmawia, że normalna, inteligentna kobieta, nawet pracująca zawodowo, nie potrafi zorganizować sobie głupich zajęć tak, żeby te (jeszcze głupsze) wymagania zaspokoić.
Chwileczkę, ale właściwie dlaczego to my mamy czynić te starania, a nie on…?
Proste. Ponieważ istnieje: DRUGA STRONA MEDALU.
W jakimś momencie życia orientujemy się (nagle lub stopniowo), że mamy przy boku: Idiotkę, która nie rozumie elementarnych potrzeb człowieka.
Pedantkę o kretyńskich pomysłach.
Dziwadło (no owszem, pracujące zawodowo), któremu się wydaje, że obowiązki domowe należy dzielić pół na pół i wymaga od nas różnych obrzydliwości.
