
Nasze ukochane dziwadło: pracujące zawodowo na równi z nami (albo prawie na równi z nami) domaga się od nas sprawiedliwego (jej zdaniem) podziału obowiązków domowych, a to: a. Sprzątania, b. Odkurzania, C. Mycia okien, d. Dokonywania zakupów e. Gotowania, a co najmniej podgrzewania potraw, f. zmywania, g. Prania, h. Załatwiania obrzydliwości w urzędach, j. upinania firanek i diabli wiedzą czego jeszcze.
Zważywszy, iż od wszystkich wyżej wymienionych czynności normalny mężczyzna mógłby zwariować, mamy prawo ratować życie.
Raz na całą książkę czuję się zmuszona podkreślić,, że ani chlubnych, ani niechlubnych wyjątków w zasadzie nie bierzemy pod uwagę. A jeśli już, napiszemy to wyraźnie.
W ramach obrony koniecznej zatem możemy zastosować metodę najprostszą, podstępną, brutalną i w ogóle odrażającą, aczkolwiek zadziwiająco skuteczną.
Mianowicie: Nic kompletnie nie umiem.
Na przykład: 1. Przy podgrzewaniu potrawy spalamy ją na węgiel, najlepiej razem z naczyniem, którego zawartość stanowi.
2. Przy praniu mieszamy razem farbujące szlafroki, ozdobne firaneczki i co tam jeszcze mamy bardzo kolorowego, ze śnieżnobiałymi bluzkami (jej) i koszulami (naszymi), dzięki czemu osiągamy przynajmniej jaką taką sprawiedliwość. Nikt z nas nie ma już białej odzieży 3. Przy zmywaniu tłuczemy co popadnie. (Co grubsze naczynia staramy się wyszczerbić. Nam wyszczerbienie nie przeszkadza, a w niej wszystko cierpnie.) 4. Zakupów dokonujemy najbardziej idiotycznych, jak tylko zdołamy. (Tu musimy wziąć pod uwagę pewne niebezpieczeństwo.
Jeśli, na przykład, przyniesiemy do domu dziesięć kilo pęczaku, którego nie znosimy, ona gotowa jest karmić nas tym aż do wyczerpania zapasu. Wybierajmy zatem głupoty, dla nas jako tako smakowite.) 5. Okna umyć i tak nie każdy potrafi, więc pozostawienie na nich licznych rozmazanych smug i zacieków przyjdzie nam bez trudu.
