
Po trzecie: Jeśli ona rzeczywiście weźmie na siebie wszystko i całą tę robotę odwali, nie ma siły, dość rychło świeży kwiat przeistoczy nam się w przywiędłe obladro, mało przypominające kobietę. A chcieliśmy wszak mieć przy boku atrakcyjną odmienną płeć, zdatną nie tylko do garów…?
I już wytrzymywanie z tym czymś, śmiertelnie znękanym, zapracowanym, poszarzałym, wyzutym z wszelkich uroków, zacznie napotykać w naszym wnętrzu jakieś tajemnicze przeszkody.
Przy okazji zaś mogłaby nam błysnąć nieprzyjemna myśl: jak też ta galernica (rodzaj żeński od „galernik”) zdoła wytrzymać z nami…?
Otóż powiedzmy sobie szczerze: NIE ZDOŁA.
A zatem, najwyraźniej w świecie, wzajemność wytrzymywania nie tylko kuleje, ale zgoła jeździ na wózku inwalidzkim.
Słuszne jest zatem rozważenie nieco odmiennego sposobu działania, z tym że tu, niestety, pewne nasze poświęcenia mogą okazać się niezbędne.
Ze wszystkich domowych udręk wybieramy sobie najmniej dla nas uciążliwe.
Ostatecznie, wepchnięcie prania do pralki, wsypanie proszku, prztyknięcie przyciskiem, a później nawet rozwieszenie szmat stosunkowo niewielkich rozmiarów nie jest pracą dobijającą.
Zaparzenie kawki lub herbatki również da się znieść. Nabycie i przyniesienie do domu co cięższych produktów spożywczych, owoców, soków, kartofelków, mleka, sera, mrożonek, cukru, soli i tym podobnych, jest dla nas w gruncie rzeczy czynem dżentelmeńskim, takim samym, jak osłonięcie damy przed szarżującym tygrysem lub też skok we wzburzone fale dla ratowania jej życia.
Jesteśmy, do cholery, tym rycerzem czy nie…?1
Ohydnie równouprawnione baby zaczęły nas lekceważyć, przydeptywać, pomiatać nami, poniewierać i rozstawiać po kątach.
A otóż pokażmy im, że my możemy bez trudu, a one wcale. Jednym swobodnym gestem postawimy na stole piętnasto-kilową torbę z tym całym nabojem spożywczym, silną dłonią ruszymy zapiekłą mutrę przy syfonie pod zlewozmywakiem, odkręcimy śruby przy kole samochodowym…
