
Jeśli, zła i zmęczona, od pierwszej chwili bezmyślnie nas przegania, każąc: a. Wynosić śmieci, b. nakrywać do stołu (ejże, nie mamy córki…?
A niechby i syna…), C. Rozwieszać czekającą w pralce przepierkę, d. Walić tłuczkiem w mięso na kotlety na desce…
Przykro nam niezmiernie, mimo przynależności do płci żeńskiej nie umiemy sobie wyobrazić żadnych więcej czynności, jakimi można by w tych okolicznościach obciążyć mężczyznę. Chyba że mieszkamy na wsi albo mamy kominek…
e… Narąbać drzewa, wygarnąć popiół… (Powiedzmy ogólnie: i tak dalej.) Ponuro wściekli, zmęczeni i pełni oporu albo chowamy się w łazience, symulując cokolwiek, albo tracimy słuch, albo protestujemy, z czego lęgnie się awantura, albo posłusznie spełniamy polecenia, z czego lęgnie się w nas coś potężnego.
Co rozumniejsi z nas rozwieszają to pranie tak, jakby od idealnego wyrównania każdej sztuki zależała przyszłość świata.
Może nam to zająć czas nie tylko do obiadu, ale nawet do kolacji.
Zły sposób w gruncie rzeczy. Ona wściekła, a my nie odpoczniemy. Już lepiej wynieśmy śmieci i uklepmy jej te kotlety.
(I co? I tak przez całe życie? Przecież to katorga1
E tam. Nie klepiemy codziennie. A gdybyśmy tak jeszcze musieli obierać kartofle i gnieść ciasto…?) Zakładając, że udało nam się – zejść jej z oczu i uniknąć reszty poleceń, odpoczywamy błogo, acz krótko. Następnie bez pośpiechu spożywamy obiad i zaczyna się nam robić przyjemnie. Jesteśmy zdolni do pogodzenia się z faktem, że ona nie usiadła ani na chwilę, od przyjścia z pracy aż do obecnego momentu odwalała robotę i trochę trudno wymagać od niej promiennej czułości.
No i tu łamiemy się w sobie i zdobywamy na poświęcenie.
„Ty sobie posiedź, kochanie – mówimy. – A ja zrobię herbatkę”.
Czynimy to, ona siedzi, i nader niewielkim kosztem osiągamy ogromne zyski.
Ona rozumie, że ją kochamy i doceniamy jej pracę, zatem wzajemnie kocha nas.
