
Coś z tego wszystkiego robi. Kołkuje wieszak, przykręca gaz, półprzytomnie pada na fotel, nerwowo grzebie w urzędowych dokumentach, wypełnia zeznanie podatkowe…
Eeee, i tak to nie jest to… Dajmy spokój sprawiedliwości.
Jesteśmy kobietą i znajdujemy się po drugiej stronie wyżej
opisanego medalu.
Jeśli nawet zarazem jesteśmy kretynką, działa w nas zdrowy instynkt.
Przyczyny, dla których chcemy z nim wytrzymać, mogą być najrozmaitsze. Racjonalne czy głupie, bez znaczenia, grunt, że istnieją. Nie mamy wielkiej ochoty paść trupem z wyczerpania ani też przeistoczyć się w obladro, od niego normalnej pomocy się nie doczekamy, musimy zatem wykombinować coś innego.
Przede wszystkim zastanowić się, czy przypadkiem same na siebie nie nakładamy dobrowolnie zbyt wielu niepotrzebnych obowiązków Bo może obiad da się gotować tylko trzy razy na tydzień, a nie codziennie…?
Może mycie wanny i innych urządzeń łazienkowych poświęcić niejako sobie…?
To znaczy: nic nas nie obchodzi stan owych urządzeń, dopóki nie zamierzamy z nich osobiście skorzystać. Wówczas, proszę bardzo, doprowadzamy je szybko do stanu świetności, użytkujemy, po czym beztrosko zostawiamy własnemu losowi. A on, ten podlec, niech się myje i kąpie w brudnych… no, nie takich bardzo brudnych, w końcu wieprza w wannie nie sprawiamy… Może nawet nie zauważy, że nie zostały lśniąco umyte, nie szkodzi, i tak spada na nas tylko połowa roboty.
Może jednak niepotrzebnie zbieramy z podłogi jego koszule, skarpetki, ręczniki…? A jakby tak zabrać swoje i zostawić w łazience tylko ten jeden ręcznik, jego, mokry, leżący koło sedesu…? I na krzyki straszne: „Daj mi ręcznik!!!” głuchnąć identycznie, jak on głuchnie na nasze apele…?
