
Ruszyliśmy o bladym świcie, minęliśmy zasieki oraz toczące się miny i wkroczyliśmy na ziemię niczyją pomiędzy naszymi okopami a 2645B-S. Do tego ataku ruszył cały batalion i byliśmy uzbrojeni w nowe pociski samonaprowadzające. Przez pewien czas całkiem szybko posuwaliśmy się do przodu. Wreszcie wróg odsłonił się na całej linii.
Nadal zdobywaliśmy teren. Cugle coś wybuchało wokół mnie, ale nie miałem jeszcze ani zadraśnięcia. Zacząłem już wierzyć, że tym razem może nam się udać. I nie zostanę zabity.
Właśnie wtedy oberwałem. Pocisk rozrywający, prosto w pierś. Definitywnie śmiertelna rana. Zazwyczaj jak coś takiego trafi, pada się na ziemię. Ale nie padłem. Chciałem mieć pewność, że tym razem już zostawią mnie martwego. Wziąłem się więc w garść i utykając, ruszyłem naprzód, używając karabinu jako szczudła. Przeszedłem następne piętnaście metrów w tak piekielnym ogniu krzyżowym, jakiego jeszcze w życiu nie widziałem. I wreszcie znowu mnie trafili, dokładnie tak, jak trzeba. Tym razem nie mogło być mowy o pomyłce.
Poczułem, jak pocisk wybuchający uderzył mnie w czoło. Przez ułamek sekundy czułem się tak, jakby zagotował mi się mózg, i zrozumiałem, że byłem już bezpieczny. Bramini nie mogli nic zrobić w przypadku poważnej rany w głowę, a moja była naprawdę poważna.
I umarłem.
Odzyskałem przytomność i spojrzałem na braminów, w ich białych fartuchach i gazowych maseczkach.
— Jak długo byłem martwy? — spytałem.
— Dwie godziny.
Wtedy przypomniałem sobie.
— Ale przecież dostałem w głowę!
Maseczki gazowe zmarszczyły się i wiedziałem, że bramini się uśmiechnęli.
— Tajna broń — powiedział jeden z nich. Pracowaliśmy nad tylu przez blisko trzy lata. W końcu wspólnie z inżynierami udoskonaliliśmy scalacz. Wspaniały wynalazek!
