
– Nie. Na przykład nie podobało mi się, że wciąż pracuje nad sprawami kryminalnymi.
Wstałem i też podszedłem do drzwi balkonowych. Odsunąłem je, żeby trochę przewietrzyć. Zdałem sobie sprawę, że trzeba to było zrobić od razu, gdy weszliśmy. W domu było duszno. Nie odwiedzałem go dwa tygodnie.
– Jakimi sprawami?
– On był taki jak ty. Męczyły go te nierozwiązane. Na łódce trzymał akta, całe pudła akt.
Dawno temu byłem na tej łodzi. Na dziobie znajdowała się kajuta, z której McCaleb zrobił biuro. Pamiętam, widziałem pudełka z aktami na górnej koi.
– Dłuższy czas próbował się przede mną kryć, ale się zorientowałam, więc w końcu przestał. Przez ostatnich kilka miesięcy dużo jeździł na stały ląd. Kiedy nie miał rejsów. Kłóciliśmy się o to.
Powiedział, że coś nie daje mu spokoju.
– To była jedna sprawa czy więcej?
– Nie wiem. Nigdy mi nie mówił, nad czym konkretnie pracuje, a ja nie pytałam. Nie obchodziło mnie to. Chciałam po prostu, żeby przestał. Żeby spędzał więcej czasu z dzieciakami. A nie z tymi ludźmi.
– Tymi ludźmi?
– Tymi, którzy tak go fascynowali. Mordercami, ofiarami. Ich rodzinami. Miał obsesję. Czasem myślę, że oni byli dla niego ważniejsi niż my.
Mówiąc to, wpatrywała się w przełęcz. Kiedy otworzyłem taras, do środka wdarł się szum samochodów. Dźwięki dobiegające z autostrady poniżej brzmiały jak odległe owacje na arenie, gdzie gra się nigdy nie kończy. Rozsunąłem drzwi na oścież i wyszedłem na taras. Spojrzałem w dół, na krzaki i pomyślałem o walce na śmierć i życie, która odbyła się tam w zeszłym roku. Przeżyłem, żeby tak samo jak McCaleb dowiedzieć się, iż jestem ojcem. Przez następne miesiące nauczyłem się widzieć w oczach córki to właśnie, co McCaleb wypatrzył w oczach swojej – jak mi kiedyś powiedział. Dzięki temu, że mi powiedział, orientowałem się, czego mam szukać. Byłem mu za to coś winien. Graciela wyszła za mną.
– Zrobisz to dla mnie? Wierzę w to, co mój mąż o tobie mówił.
