
– Więc – zaczął, zeskakując z łodzi na pomost. – Graciela mówiła, że bada pan śmierć Terry'ego. To jakaś sprawa z ubezpieczeniem czy coś?
– Można tak powiedzieć.
– Jest pan prywatnym detektywem?
– Mniej więcej.
Poprosił o jakiś dokument. Pokazałem mu zalaminowaną miniaturową kopię licencji, którą przysłali mi z Sacramento. Uniósł brwi pytająco na widok pełnej formy mojego imienia.
– Hieronymus Bosch. Jak ten szurnięty malarz, nie?
Rzadko ktoś rozpoznawał to imię. W ten sposób dowiedziałem się czegoś o Buddym Lockridge'u.
– Niektórzy mówią, że szurnięty, inni, że dosyć dokładnie przepowiedział przyszłość.
Licencja go usatysfakcjonowała, powiedział, że możemy pogadać na łodzi albo podejść do sklepiku z osprzętem i napić się kawy. Chciałem rzucić okiem na jego łódź i dom – to podstawowa z metod śledczych – ale nie tak ostentacyjnie, toteż powiedziałem, że przyda mi się trochę kofeiny.
Sklepik był o pięć minut drogi wzdłuż nabrzeża. Po drodze gawędziliśmy – głównie słuchałem narzekań Buddy'ego, jak to go przedstawili w tym filmie inspirowanym McCalebowym przeszczepem serca i poszukiwaniem mordercy.
– Zapłacili panu, prawda? – zapytałem, gdy skończył.
– Tak, ale nie o to chodzi.
– O to. Niech pan wsadzi pieniądze do banku i zapomni o wszystkim. To tylko film.
Przed sklepem z osprzętem stało kilka stolików i ław, kawę więc piliśmy na powietrzu. Zanim zdążyłem zadać choć jedno pytanie, Lockridge już mnie wypytywał. Na razie pozwoliłem mu gadać. Uważałem, że jest bardzo istotnym elementem śledztwa, ponieważ znał McCaleba i był jednym z dwóch świadków jego śmierci. Chciałem, żeby poczuł się przy mnie swobodnie, dlatego dałem mu się indagować.
– A co pan przedtem robił? – zapytał. – Był pan gliniarzem?
