– Prawie trzydzieści lat. W policji Los Angeles. Połowę tego czasu przepracowałem w wydziale zabójstw.

– Morderstwa, co? Znał pan Terrora?

– Co?

– Znaczy Terry'ego. Mówiłem na niego Terror.

– Czemu?

– Nie wiem. Tak jakoś. Ja wszystkim wymyślam przezwiska. Terry widział na własne oczy terror, jaki panuje na świecie, rozumie pan? Dlatego go tak nazwałem.

– A ja? Jakie przezwisko mnie pan wymyśli?

– Pan…

Popatrzył na mnie jak rzeźbiarz taksujący blok granitu.

– Eee… pan będzie Harry Waliza.

– Czemu?

– Bo jest pan trochę taki wymięty, jakby żył pan na walizkach. Kiwnąłem głową.

– Całkiem nieźle.

– Znał pan Terry'ego?

– Znałem. Kiedy był u federalnych, parę spraw prowadziliśmy razem. I jeszcze jedną, kiedy miał już nowe serce.

Strzelił palcami i wskazał na mnie.

– Teraz pamiętam, to pan jest tym gliniarzem, co był wtedy w nocy na łodzi, kiedy tych dwóch popaprańców przyszło go załatwić. Uratował go pan, a potem on się pozbierał i pana uratował.

Potaknąłem.

– To fakt. Buddy, a teraz ja zadam panu parę pytań, dobra?

Rozłożył szeroko ręce, wskazując, że jest gotów i nie ma nic do ukrycia.

– No jasne, człowieku, nie chciałem na siłę trzymać się mikrofonu.

Wyciągnąłem notatnik i położyłem na stole.

– Dzięki. Zacznijmy od tego ostatniego czarteru. Opowiedz mi o nim.

– A co chce pan wiedzieć?

– Wszystko.

Lockridge westchnął ciężko.

– To poważne zamówienie.

Ale zaczął opowiadać. To, co wyjawił na początek, zgadzało się ze szczątkowymi opisami, które przeczytałem w gazetach w Las Vegas, a potem usłyszałem jeszcze raz na pogrzebie. McCaleb i Lockridge wypłynęli w czterodniowy rejs, biorąc jednego pasażera aż za Baja California na łowienie marlina. Kiedy czwartego dnia wracali do Avalon Harbor na Catalinie, McCaleb dostał ataku w sterówce łodzi. Byli dwadzieścia dwie mile od brzegu, w połowie drogi między San Diego i Los Angeles. Przez radio wezwali Straż



15 из 285