
– A jak zapłacił? Ile w ogóle kosztuje pół dnia?
– Trzy stówy za pół, pięć za cały. Sprawdziłem wyciąg z konta do kart i nic tam nie było. Ani wpłat na konto. Nic. To znaczy, że zapłacił gotówką.
– Kiedy to było? Rozumiem, że wpisujecie to datami.
– Tak. Wypłynęli trzynastego lutego, o proszę, to piątek trzynastego. Myślisz, że to specjalnie?
– Kto wie? To było przed rejsem z Ribbem czy po?
Lockridge położył dziennik na biurku, żebyśmy obaj mogli doń zajrzeć. Przesunął palcem wzdłuż listy klientów i zatrzymał go na Ribbie.
– On był dziewiętnastego lutego.
– A jaka data jest na raporcie szeryfa?
– Cholera, znowu muszę iść na górę.
Słyszałem, jak wdrapuje się po schodkach. Wyciągnąłem z drukarki pierwsze zdjęcie i położyłem je na blacie. Była to twarz Jordana Shandy'ego, kryjąca się za ciemnymi okularami i makrelą. Wpatrywałem się w nią, dopóki Lockridge nie wrócił. Tym razem już nie próbował się skradać.
– Zawiadomienie o włamaniu złożyliśmy dwudziestego drugiego lutego.
Skinąłem głową. Pięć tygodni przed śmiercią McCaleba. Zapisałem w notesie wszystkie daty, o których mówiliśmy. Nie byłem pewien, czy choć jedna z nich jest istotna.
– Dobrze – powiedziałem. – Buddy, zrobisz dla mnie jeszcze jedną rzecz?
– Jasne. A co?
– Wyjdź na górę, zdejmij spod sufitu te wędki i wypłucz je porządnie. Zdaje się, że po ostatniej wycieczce nikt tego nie zrobił. Śmierdzi od nich, a pewnie spędzę tu kilka dni. Wolałbym nie siedzieć w smrodzie.
– Chcesz, żebym poszedł na górę i wypłukał wędki.
Powiedział to tonem oznajmującym. Przeniosłem wzrok ze zdjęcia na jego twarz.
– Otóż to. Bardzo mi to pomoże. Jak skończę ze zdjęciami, możemy się wybrać do Woodalla.
– No dobra.
Opuścił kabinę z ponurą miną, usłyszałem, jak człapie po schodni równie głośno, jak przedtem cicho. Wyjąłem z drukarki kolejne zdjęcie i położyłem obok pierwszego. Wyciągnąłem z kubka na biurku czarny marker i napisałem na białym marginesie: Jordan Shandy.
