
– To możliwe.
Więcej nie komentowała. Zgarnęła z ramion fałdy kurtki i złożyła ręce. Była zmęczona, od telefonu Dei nie spała.
Oparła głowę o boczną szybę i po chwili zasnęła. Powrócił sen o ciemności, ale tym razem nie była sama. Nikogo nie widziała, bo wokół rozciągała się tylko czerń, wyczuwała jednak czyjąś obecność. Ktoś był blisko, ale niekoniecznie razem z nią. Poruszała się, obracała w mroku, próbując go zobaczyć. Wyciągała ręce, ale niczego nie mogła dotknąć.
Usłyszała jęk. Zaraz zdała sobie sprawę, że to jej głos, wydobywający się gdzieś z głębi gardła. Potem ktoś ją złapał. Chwycił i mocno potrząsnął.
Rachel otworzyła oczy. Zobaczyła za szybą pędzącą wprost na nią autostradę. Cherie Dei puściła jej kurtkę.
– Dobrze się czujesz? Tu jest zjazd.
Rachel spojrzała na mijany zielony drogowskaz.
ZZYZX ROAD
1 MILA
Wyprostowała się na siedzeniu. Spojrzała na zegarek; spała ponad półtorej godziny. Od opierania się przez tyle czasu o boczną szybę szyję miała po prawej stronie sztywną i obolałą. Zaczęła rozcierać ją palcami, wbijając je głęboko w mięśnie.
– Dobrze się czujesz? – ponownie spytała Dei. – Chyba miałaś zły sen.
– Nic mi nie jest. Co mówiłam?
– Nic, tylko tak pojękiwałaś. Uciekałaś przed czymś albo coś cię dopadło.
Dei włączyła kierunkowskaz i wjechała na pas do zjazdu. Zzyzx Road prowadziła na kompletne pustkowie. Na górze, za zjazdem, nic nie było, ani stacji benzynowej, ani nawet żadnego opuszczonego budynku. Trudno powiedzieć, po co w ogóle zbudowano tę drogę i ten zjazd.
– Tam siedzimy.
Dei skręciła w lewo i przejechała wiaduktem nad autostradą. Zaraz za nim droga przeobraziła się w nieutwardzony trakt, biegnący zakosami na południe, w głąb płaskiej niecki pustyni Mojave. Krajobraz był całkiem pusty. Biała sól na ziemi z dala wyglądała jak śnieg. Jukki wyciągały do nieba swe kościste palce, mniejsze rośliny wgryzały się korzeniami w skały. Martwa natura. Rachel nie miała pojęcia, jakie zwierzę mogłoby przeżyć w tak jałowym miejscu.
