
Co więcej spojrzenie, jakim obdarzyła ją Joanna, było wprost zabójcze. Akwila odczytała jego znaczenie, nie pozwalając, by ją zraniło. Była wodzą tego klanu, choć tylko przez kilka dni. Była też zaręczona z Rozbojem i miała pewnego dnia go poślubić, choć wszyscy uznali to za sprytny polityczny trik. Joanna wiedziała o tym wszystkim bardzo dobrze. Ale jej wzrok teraz mówił: On jest mój. To miejsce należy do mnie. Nie chcę cię tutaj. Trzymaj się z daleka!
* * *
Za Akwilą i panną Tyk rozciągał się obszar ciszy, ponieważ wszystko, co hałasuje w krzakach, starało się nie hałasować, kiedy w pobliżu znajdowały się Fik Mik Figle.
Dotarły do placu pośrodku wioski, usiadły na skraju, by poczekać na furmankę, która przemieszczała się nieco szybciej niż wędrujący człowiek, była więc szansa, że w ciągu pięciu godzin dowiezie je do Dwóch koszul, gdzie — tak przynajmniej myśleli rodzice Akwili — złapią powóz kursujący przez wysokie góry i jeszcze dalej.
W chwili gdy Akwila usłyszała nadjeżdżającą furmankę, doszedł ją też tętent kopyt galopującego konia. Odwróciła się i jej serce jednocześnie podskoczyło i opadło.
To był Roland, syn barona, na pięknym karym rumaku, z którego zeskoczył, zanim zwierzę zdążyło się zatrzymać. Stał przed nią, przestępując z nogi na nogę.
— Zauważyłam właśnie bardzo piękny i interesujący kawałek… hmmm… kamienia, o tam — odezwała się panna Tyk głosem słodkim jak ulepek. — Pozwolisz, że się oddalę, by go obejrzeć.
Akwila miała ochotę ją za to uszczypnąć.
— To znaczy, że wyjeżdżasz — powiedział Roland, kiedy panna Tyk odeszła.
— Tak — odparła Akwila.
Roland wyglądał, jakby miał za chwilę eksplodować z nerwów.
