
— Mam coś dla ciebie. Kazałem to zrobić ludziom ze Skowytu. — Podał jej pakuneczek zawinięty w miękki papier.
Akwila wzięła go i włożyła ostrożnie do kieszeni.
— Dziękuję — powiedziała i leciutko dygnęła. Prawdę mówiąc, było to normalne zachowanie w towarzystwie szlachcica, ale na twarzy Rolanda pojawił się rumieniec.
— O… otwórz to później — zająknął się. — Mam nadzieję, że będzie ci się podobało.
— Dziękuję — powtórzyła Akwila ze słodyczą.
— O, jest furmanka. Pewnie chcecie już… wsiąść.
— Dziękuję — powtórzyła jeszcze raz Akwila i kolejny raz dygnęła, tak spodobał jej się osiągnięty wcześniej efekt. Było to odrobinę okrutne, ale czasami trzeba się tak zachować.
Co więcej, na furmankę nie sposób było nie zdążyć. Gdyby się biegło, dałoby się ją nawet przegonić. Poruszała się tak wolno, że słowo „stop” nigdy nie przychodziło niespodziewanie.
W środku nie było miejsc. Właściciel tego pojazdu przejeżdżał przez wioski co drugi dzień, zbierając głównie przesyłki. Kiedy trafiali się ludzie, mieścili się wygodnie między pudłami owoców i belami materiału.
Akwila usiadła z tyłu. Jej stare buty dyndały w powietrzu, bujając się do przodu i w tył, gdy furmanka podskakiwała na nierównej drodze.
Panna Tyk siedziała obok. Wkrótce jej czarną sukienkę pokrył do kolan kredowy pył.
Akwila zauważyła, że Roland nie zawrócił konia aż do chwili, gdy furmanka zniknęła mu z oczu.
Ale znała pannę Tyk. Wiedziała, że wiedźma zaraz wybuchnie od niezadanych pytań, ponieważ czarownice nienawidzą nie wiedzieć. I rzeczywiście, kiedy tylko zostawiły za sobą wioskę, panna Tyk, usadowiwszy się wygodnie i kilkakrotnie odkaszlnąwszy, wyrzuciła z siebie pierwsze z nich:
— Nie zamierzasz go otworzyć?
— Czego otworzyć? — zapytała Akwila, nie patrząc na nią.
— Dał ci prezent — podsunęła panna Tyk.
