
— Wydawało mi się, że oglądała pani kamień nadający się do czarów — oskarżycielsko rzuciła Akwila.
— No cóż, okazał się jedynie czarownie ładny. — Panna Tyk nie czuła się ani odrobinę speszona. — Więc…?
— Zaczekam z tym — odparła dziewczynka. Nie życzyła sobie dyskusji na temat Rolanda ani niczego w tym stylu.
Nie chodziło o to, że go nie lubiła. Odnalazła go w krainie należącej do Królowej Baśni i można powiedzieć, że go uratowała, choć on był przez większość czasu nieprzytomny. Nagłe spotkanie z Fik, Mik Figlami, zwłaszcza gdy się bardzo starają, może się tak właśnie skończyć. Lecz oczywiście, choć nikt tak naprawdę nie skłamał, w domu wszyscy wierzyli, że to syn barona ją uratował. Uzbrojona w patelnię dziewięciolatka nie może przecież ratować trzynastoletniego chłopaka, który na dodatek ma przy sobie miecz.
Akwili wcale to nie przeszkadzało. Dzięki temu ludzie nie zadawali pytań, na które nie chciałaby odpowiadać, nawet gdyby wiedziała jak. Ale on… nie przestawał się koło niej kręcić. Wpadała na niego przypadkiem podczas spacerów znacznie częściej, niż to było możliwe przypadkiem, nigdy też nie opuszczał spotkań w wiosce, na które i ona przychodziła. Zawsze był grzeczny, ale patrzył na nią niczym kopnięty spaniel, a tego nie potrafiła znieść.
Jednocześnie trzeba było przyznać — choć niechętnie — że nie był już takim matołkiem jak niegdyś. Z drugiej jednak strony poziom, z jakiego startował, dawał olbrzymie możliwości.
A potem pomyślała: koń, i zastanowiła się, dlaczego do tej chwili nie zdawała sobie sprawy, że choć jej oczy spoglądają na krajobraz wokół, umysł wciąż patrzy w przeszłość.
— Nigdy czegoś takiego nie widziałam — odezwała się panna Tyk.
Kreda całkiem niespodziewanie po tej stronie wzgórz wydobywała się z płaskowyżu. Przed nimi rozciągała się niewielka dolina między wzgórzami, a w miejscu gdzie zakręcała, widniała rzeźba naskalna. Pasy murawy wycięto w taki sposób, że goła kreda ukazywała sylwetkę zwierzęcia. Akwila przyjęła ten widok jak starego przyjaciela.
