
W tym momencie miejscowość Dwie koszule przycupnięta dawała się ogrzewać gorącemu popołudniowemu słonku. Dokładnie na środku drogi leżał stary brązowy spaniel w białe cętki i drzemał w pyle drogi.
Dwie koszule były większe od wioski, z której pochodziła Akwila, a na dodatek dziewczynka nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego jak pamiątki. Weszła do sklepu i wydała pół pensa na małe drewienko z wyrytymi dwiema koszulami wiszącymi na sznurze oraz na dwie pocztówki z napisem „Widok na Dwie koszule”, na których widniał sklep z pamiątkami i pies niezwykle podobny do tego, który spał teraz na słońcu. Niska staruszka, która stała za ladą i zwracała się do Akwili per „młoda damo”, powiedziała jej, że w miejscowości jest znacznie gwarniej w drugiej połowie roku, kiedy przybywają tu ludzie nawet z zabudowań odległych o milę, by brać udział w Festiwalu Ugniatania Kapusty.
Gdy dziewczynka wyszła ze sklepu, ujrzała pannę Tyk stojącą nad śpiącym psem i wpatrującą się ze zmarszczonym czołem w kierunku, z którego przybyły.
— Czy coś się stało? — zapytała Akwila.
— Co? — Panna Tyk wyglądała tak, jakby zapomniała o obecności dziewczynki. — O… nie. Ja tylko… myślałam… posłuchaj, może byśmy poszły coś zjeść.
Przez chwilę wydawało się, że w gospodzie nie ma żywej duszy, ale panna Tyk zawędrowała do kuchni i znalazła tam kobietę, która obiecała im kilka maślanych bułek i herbatę.
