
Jajko się rozprysło.
Na podwórze wjechał dyliżans.
Zjawił się w chmurze dymu, hałasu i stukotu kopyt, przywożąc ze sobą świat. Na chwilę znikło słońce. Otworzyły się drzwi. Zadzwoniły uprzęże. Konie parowały. Spaniel podniósł się, z nadzieją machając ogonem.
Ciśnienie opadło, ale nie do końca.
Panna Tyk wyciągnęła chusteczkę i zaczęła wycierać jajko z sukienki. Pozostałe przedmioty dziwnie szybko zniknęły w czeluściach jej kieszeni.
Uśmiechnęła się do Akwili, a potem powiedziała, nie zmieniając w ogóle wyrazu twarzy, co wyglądało nieco obłąkańczo:
— Nie podnoś się, nic nie rób, po prostu siedź cichutko jak myszka.
Akwila nie była w stanie robić nic poza siedzeniem bez ruchu. Czuła sięjak obudzona z koszmaru.
Bogatsi pasażerowie wysiadali z dyliżansu, biedniejsi schodzili z dachu. Prostowali nogi, podskakując i wzniecając tumany pyłu, za którym znikali, ruszając przed siebie drogą.
~A teraz — powiedziała panna Tyk, kiedy drzwi oberży zamknęły się z hukiem — my wybierzemy się na… spacer. Widzisz ten zagajnik? To nasz cel. A kiedy pan Zrzędzian, woźnica, zobaczyjutro twojego ojca, powie mu, że wysadził cię tuż przed przyjazdem dyliżansu i… i… wszyscy będą zadowoleni, a nikt nie będzie musiał kłamać. To bardzo ważne.
— Panno Tyk? — odezwała się Akwila, sięgając po torbę.
— Co się właśnie wydarzyło?
— Nie wiem — odparła wiedźma. — Czy dobrze się czujesz?
— No… tak. Ma pani kawałek żółtka na kapeluszu.
I zachowuje się pani podejrzanie nerwowo, myślała Akwila. A toją poważnie martwiło.
— Przykro mi z powodu pani sukienki — dodała.
— Przechodziłajuż gorsze rz ZTy — odparta panna Tyk. — Idziemy.
— Panno Tyk — spróbowała znowu Akwila, gdy odeszły kilka kroków.
