Miotła na chwilę zatrzymała się w powietrzu.

Nie! Przecież wiem!

Miotła szarpnęła, Akwili zrobiło się niedobrze, a po chwili już zawracały, kierując się w stronę gór.

— Musiałyśmy wpaść w drobne turbulencje — rzuciła przez ramię panna Libella. — A tak przy okazji, czy panna Tyk przypomniała ci o ciepłych wełnianych kalesonach, kochanie?

Akwilajeszcze ciągle nie doszła do siebie. Wykrztusiła coś, co zabrzmiałojednakjak „nie”. Co prawda panna Tyk mówiłajej o kalesonach, podkreśliła nawet, że co wrażliwsze czarownice wkładają po trzy pary, by chronić się przed lodowatym wiatrem, ale dziewczynka całkiem o tym zapomniała.

— Oj, niedobrze! — jęknęła panna Libella. — Lepiej będzie, jeśli polecimy bardzo nisko.

Miotła opadław dółjak kamień.

Akwila nigdy nie zapomniała tego lotu, choć nie można powiedzieć, że nie próbowała. Leciały tuż nad ziemią, która podjej stopami wyglądała jak zamazana. Za każdym razem kiedy trafiały na płot lub żywopłot, panna Libella przeskakiwała go z okrzykiem: „No to hop!” lub „Hopaj siupaj!”, co miało najprawdopodobniej wprowadzić Akwilę w lepszy nastrój. Nie wprowadziło. Dwa razy zwracała.

Panna Libella leciała z głową pochyloną tak nisko, jak się tylko dało, trzymając ją prawie na poziomie miotły, aby spiczasty kapelusz zajął najbardziej aerodynamiczną pozycję. Był dość pękaty i krótki, zaledwie kilka cali, trochęjak kapelusz klauna, tyle że bez pomponów. Akwila dowiedziała się potem, że wiedźma wybrała taki, by nie musieć go zdejmować, gdy wchodzi do domów o niskich powałach.



41 из 243